Reklama
sobota, 9 czerwca 2012
Dzień 131, 9.06.2012, Sobota, "Autostopem przez galak... Turcję"
Po zjedzeniu śniadania (wyjątkowo bo wiedziałem, że następny posiłek będzie bardzo późno) opuściliśmy mieszkanie. Trzeba było jeszcze kupić serek topiony i wodę w Bim'ie. Potem poszliśmy na drogę wylotową z Denizli, na miejscu byliśmy kilka minut po 10. Jechaliśmy we czterech. Ja i Adrian, drugą parą byli Mateusz i Łukasz.
Jako pierwszy ja łapałem okazję. O 10:20 zatrzymał się TIR z wyładowaną paką. Jechał do Acipayam - tam gdzie się mieliśmy kierować na początek, ale puściliśmy go ponieważ po drodze dużo górek jest i wlókł by się niemiłosiernie.
O 10:36 zatrzymał się samochód dostawczy. Także zmierzał do Acipayam. Z nim się zabraliśmy. Kierowca był bardzo sympatyczny. Pytał się gdzie jedziemy. My na to, że do Demre. Chciał nam powiedzieć, że to miasto świętego Mikołaja, ale wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy o co mu dokładnie chodzi. Po 50 minutach dotarliśmy do Acipayam (55km przejechane, jeszcze tylko 281). Długo nie czekaliśmy w tym mieście bo o 11:34 już jechaliśmy kolejnym dostawczym.

Praktycznie od razu po zabraniu nas zatrzymał się przy sklepie i kupił wodę mineralną. I polał nam do kubeczków. Zimna woda, pyszna w taką pogodę. Chwilę potem był kolejny postój na stacji benzynowej. Tylko pogadał tam przez telefon. Za każdym razem zostawiał klucz w stacyjce.
Po 30 min jazdy zjechaliśmy na kolejną stację benzynową. Nie tak normalnie jak każdy, tylko wbijając na jezdnię o przeciwnym kierunku ruchu pod prąd i przejeżdżając tak 200m. Na stacji spędziliśmy 20 min popijając herbatkę. Pan kierowca zatankował tylko 150l paliwa. Fajny pies pilnował wejścia do sklepu.

O 12:28 ruszyliśmy dalej. Gostek poczęstował nas pomarańczkami i paluszkami. Gdy obierałem pomarańczkę nie wiedziałem gdzie wywalać łupiny, więc rzucałem za okno patrząc czy nie ma nic przeciw temu. Sam potem wywalał wszystko za okno.
O 13:09 dotarliśmy do Söğüt. Rozstaliśmy się z kierowcą ponieważ On jechał na Antalyę, a my kierowaliśmy się na Fethiye. Jedziemy już 3 godziny, a zostało nam tylko 225km. Mieliśmy całkiem dobry dzień, bo po ledwie 15 min stania w pełnym słońcu zatrzymał się Renault Fluence z klimatyzacją. Średnia prędkość jazdy ~110km/h. Po 10 min postój przy restauracji na kibelek i kierowca kupił nam po batoniku i 0,5l zimnej wody. Zapierdzielaliśmy bardzo ładnie i szybko nadszedł czas rozstania z klimą. O 14:24 musieliśmy wysiąść i iść na zjazd na Kaş. Przeszliśmy kawałek, żeby stanąć w cieniu. Kolejną okazję łapaliśmy przy cmentarzu. Mieliśmy możliwość zrobienia sobie kilku zdjęć, bo praktycznie nie było ruchu. Zawsze wysiadaliśmy na kompletnych zadupiach gdzie prawie nic nie jeździ...

Pomimo cienia ciężko było wytrzymać. Staliśmy 16 min i trafiła się okazja, ale tylko na około 10km. Po 17 minutach zatrzymał się Volkswagen z klimą i zabrał nas na ~30km i w ten sposób o 15:16 znów byliśmy na drodze. Żeby dotrzeć do cienia przeszliśmy z pół kilometra i na zmianę wychodziliśmy na ulicę, bo cień był na poboczu kilka metrów. Po kilku zmianach trafił się jeden samochód z 3 kolesiami, ale nie zabrali nas bo jechali do Kalkan. A o 15:33 gdy stałem i machałem ręką zatrzymała się para. Zatrzymała to mało powiedziane, aż się cofnęli samochodem, żeby zapytać gdzie jedziemy. Pewnie dziewczyna namówiła kolesia, żeby nas zabrał.
Oni także jechali tylko do Kalkan, ale zgodzili się nas zabrać i tak znów przybliżyliśmy się do celu. Już tylko 69km.
W Kalkan był nasz najdłuższy pobyt... Próbowaliśmy coś złapać aż ponad pół godziny przeszliśmy ładny dystans wzdłuż drogi próbując coś złapać, ale ciężko było... W naszym kierunku prawie nic nie jechało, a w przeciwnym ciągle był ruch. No i jeszcze te słońce i brak jakiegokolwiek cienia.

Zrobiliśmy kilka fotek, bo już na wybrzeżu byliśmy i dzielnie maszerowaliśmy oczekując na zbawiciela, który pojawił się w czarnym Suzuki. Turek urodzony w Niemczech. Akurat jechał do Antalyi, czym nas uratował od ponownego stania przy drodze, bo zawiózł nas idealnie do Demre.
Po drodze widoki były magiczne. Całą pozostałą drogę jechaliśmy wzdłuż wybrzeża serpentynami górskimi. Jeden postój był przy plaży.

O 17:15 wyszliśmy na 2 końcu Demre - trudno, że planowaliśmy rozłożyć się na przeciwnym końcu miasta, ale umówionym miejscem spotkania była rzeka na tym końcu miasta. Na początku nie byliśmy pewni co robić czy czekać przy drodze czy iść na plażę gdzie rzeczka uchodziła do morza. Rozejrzeliśmy się w okolicy. Zadupie totalne. Psy nas prawie zagryzły dupami. Znaleźliśmy wątpliwą ścieżkę wzdłuż rzeki. Po minięciu kilku cieplarni, psów i stada owiec dotarliśmy do kamienistej plaży. W oddali zauważyliśmy kogoś leżącego na kocu. Obok niego leżała czarna torba i czerwony plecak - takie jakie mieli Mateusz i Łukasz. Udaliśmy się więc w tym kierunku i okazało się, że to oni. Cel osiągnięty. Obie ekipy dotarły na miejsce całe i zdrowe!
Zamoczyłem sobie nogi w wodzie - musiałem iść w japonkach bo dużo butelek ktoś potłukł... Woda była genialna na stopy po podróży. Na plaży znalazłem sobie 2 kamyczki, którymi mogę kręcić w ręce - bardzo rozluźnia i uspokaja.
Obaj się spakowali i wyruszyliśmy na druga plażę. Trzeba było dymać przez calutkie miasto - kompletne zadupie, kilka sklepów przy głównej drodze i od groma cieplarni z pomidorami. Po drodze kupiliśmy chleb, napoje i w końcu udało się znaleźć piwo.
Dostaliśmy też pomidory od miłej starszej Pani. Przechodziliśmy koło samochodu ze skrzynkami pomidorów i oglądaliśmy się za nimi bo pasowały by do serka topionego z chlebem. A Pani to widziała i powiedziała, że możemy sobie wziąć kilka, to każdy po 6-7 sztuk zgarnął do torby, podziękowaliśmy i poszliśmy ucieszeni - mimo perspektywy dymania jeszcze 4km w japonkach w 30+ stopniach Celsjusza.
Po drodze przypałętało się kilka psów, ale do końca został tylko jeden. Na plaży rozwaliliśmy się w zagłębieniu daleko od morza, żeby przez noc nikt nas nie widział. Zebraliśmy drzewa i czego się dało do rozpalenia ogniska i zrobiliśmy ognisko, żeby posiedzieć przed spaniem. Okazało się niestety, że kilka metrów od nas jest teren podmokły i roi się od komarów. Musieliśmy się szybko ewakuować od tego miejsca bo siekły niemiłosiernie. Pół roku nie widziałem komara na oczy i jak już zobaczyłem to mam bąbla na bąblu...
Znaleźliśmy inne miejsce gdzie przygotowaliśmy się do spania. A piesek położył się na wydmie i pilnował nas przez noc.
Nie spałem za długo w czasie nocy z powodu namolnych komarów, chociaż byłem owinięty kocem, w dresie, swetrze, czapce zimowej i bandanie na twarzy.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
bardzo ciekawy blog! :) podobają mi się takie posty ;)
OdpowiedzUsuńpozdrawiam
Dzięki wielkie :D
Usuń