Reklama

sobota, 10 marca 2012

Dzień 40, 10.03.2012, Sobota

!! Dziś opublikowałem też wpisy za 2 poprzednie dni !!
W końcu sobota, doczekałem się.
Punkt 12 wyruszyliśmy z domu do Konakhana po resztę, ponieważ celem dzisiejszej wyprawy był bazar koło centrum, który jest otwarty cały tydzień.
Dolmuşem zajechaliśmy pod duży meczet - nasz punkt orientacyjny wg którego mieliśmy iść. Na początku poszliśmy w całkiem przeciwnym kierunku i po jakimś czasie szukania zapytałem przechodniów o to gdzie bazar jest. Zrządzeniem losu trafiłem na gościa władającym językiem angielskim. Wskazał nam kierunek, w którym powinniśmy się udać i dzięki niemu trafiliśmy na miejsce.
Bazar ogromny. Dużo rzeczy mnie zainteresowało. Masa bardzo dobrych podróbek ciuchów, butów itp. Walizki na kółkach po 20 TL. Przez prawie 3 godziny chodzenia nie zobaczyliśmy wszystkiego, ale i tak nie raz tam wrócimy.
W sumie było nas 8 osób. Co niektórzy szybko zaczęli marudzić na temat chodzenia po sklepach i stoiskach, więc się rozdzieliliśmy na 2 czwórki i tamci pojechali do domu. My obeszliśmy możliwie jak najdokładniej większość uliczek. W jednym sklepiku z ziołami i kadzidłami sprzedawca mówił po polsku co nas miło zdziwiło.
Bardzo podoba mi się zestaw dwóch czajników do parzenia herbaty. Już się rozglądam za nimi i wypytuję o ceny (15-25TL znalazłem). Dodatkowo strasznie podobają mi się wszelkie wisiorki z Okiem Proroka, już zakupiłem jedną zawieszkę na ścianę z tym amuletem w przytulnym sklepiku, w którym było ich od groma.
W sumie to tylko to kupiłem tego dnia. Jak wracaliśmy z bazaru to mijały nas 2 motocykle policyjne. Dalej koło meczetu stały te dwa + kolejne 2 z ośmioma policjantami, w odległości 20 metrów od nich, przed bankiem stało ich z 20 uzbrojonych w tarcze, kaski i pały. Szybko się zmyliśmy w razie czego, żeby nie mieć problemu.
Złapaliśmy dolmuşa i wróciliśmy w pobliże uczelni, żeby iść zjeść Pide w "pierdolniku" - knajpka, która w środku wygląda strasznie. Przez środek sali nad głowami puszona jest rura komina, w toalecie strach się złapać czegoś, ale Pidy pyszne i tanie serwują, no i nie ma sraczki po tym więc jest dobrze.
Po zjedzeniu i wypiciu herbatki poszliśmy do Pekdemir'u po oglądać co tam sprzedają ciekawego. Przez miesiąc nie znaliśmy tego sklepu, a dużo tanich rzeczy. Potem poszliśmy do domu.
W domu napiłem się, rzuciłem do szuflady Oko Proroka i poszedłem znów na bazar koło forum Çamlık. Tam kupiłem pomarańcze, jabłka, cedzak i zmywaki. Wieczorem zrobiliśmy sobie mocnej herbatki i potem poszliśmy do Konakhana posiedzieć.

piątek, 9 marca 2012

Dzień 39, 09.03.2012, Piątek "Carefour część druga"

Około 12 wyszliśmy z domu, żeby iść na uczelnię na obiadek. Obiad był średnio zjadliwy. O zupie nie ma co wspominać. Poza tym dali udko z chyba kurczaka i ryż. Do tego dużo chleba wziąłem, dzięki czemu nawet się najadłem.
Po obiedzie wsiedliśmy w autobus do TerasParku gdzie znajduje się Carefour. W zwykłym autobusie bilet także kosztuje 1,25TL, więc jest bardzo fajnie. Obok poligonu wojskowego jechaliśmy ponad  5 minut, więc jakbyśmy wtedy szli pieszo tą drogą to zajęło by nam to z 30 min. A w tym czasie spotkalibyśmy policję niemalże na pewno.
TerasPark jest ogromy, prawie jak Silesia City Center. W Carefourze w sumie nie było nic ciekawego. Większość rzeczy było droższe niż w naszych sklepikach... Jednakże znaleźliśmy tam tańsze czepki na basen, które potrzebujemy na następne zajęcia z WFu. Poza tym kupiłem butelke herbaty bo mnie suszyło.
Pochodziliśmy po całym centrum handlowym; sklepy mało interesujące były. Weszliśmy na samą górę na taras widokowy. Niestety drzwi do tarasu były zamknięte ;/ a przed drzwiami była taka hica, że ledwie tam 3 minuty wytrzymałem.
Na dolnych piętrach znaleźliśmy stoisko z XBoxem360 + Kinect. Pograliśmy 10 min i zmachaliśmy się niemiłosiernie.
Nieco dalej było kino 6D. Bilet za 7,50TL, to czemu by nie skorzystać? Wzięliśmy film o dinozaurach. Okulary 3D, fotele na urządzeniu, które się rusza, spryskiwacze z wodą i gumowa rurka pod nogami ze sprężonym powietrzem. Film okazał się być ekstremalnym symulatorem kolejki górskiej. Jazda po ciasnej jaskini, obijanie się o ściany, jazda po lawie, prawie pionowe zjazdy w dół. Żołądek podchodził pod gardło a ręce padały ze zmęczenia od trzymania się rurki, żeby nie wypaść. Na koniec ucieczka przed T-Rexem. Dobrze, że jedliśmy kilka godzin temu.
Powrót do domu można by było porównać do kolejki górskiej. Drogi są często pofałdowane z dużymi progami zwalniającymi przez co pojazd skacze ciągle. Kierowca jedzie bardzo szybko i ostro w zakręty wchodzi ogólnie wypas. Jak wjechał w jakieś zadupia gdzie uliczka jest szerokość takiej, że ledwie mieści się ten bus, do tego bardzo kręta i nierówna ulica. Jeśli dołożyć do tego dużą prędkość i jazdę w dół daje to efekt bardzo porównywalny do kolejki górskiej. Trochę zobaczyliśmy miasta z busa na jego trasie i wróciliśmy do domu.

czwartek, 8 marca 2012

Dzień 38, 08.03.2012, Czwartek, "Jeden wielki burdel"

Przed 12 wyszliśmy z domu, żeby zjeść obiadek w stołówce uczelnianej. Około 12,20 już staliśmy w kolejce do bramki, żeby odebrać swoją porcję. Dziś był całkiem zjadliwy. Zupa jak zawsze bez smaku (zazwyczaj jest to woda po gotowaniu ryżu, bądź makaronu), ryż i tak jakby gulasz, na deser jabłko. Porcje są tak małe, że nie da rady się najeść, ale chleb jest za darmo więc zawsze ładujemy całą tacę. Ludzie się dziwnie patrzą ale srał ich pies :d
Po obiedzie do WFu zostało prawie 1,5 godziny. Spędziliśmy je przed ośrodkiem sportowym. Na początku na  trawniku rozwaleni w słońcu. Prawie zasnąłem, ale słyszałem jak nas obgadują turki, a nawet 2 afroamerykanów.

Gdy znudziło się leżenie poszukaliśmy reszty. Kilka osób znaleźliśmy przy jeziorku. Fajne przedstawienie było. Laska karmiła kaczki, a one jak szalone walczyły o chleb. W oddali 2 inne toczyły regularną bitwę ze sobą - goniły się prawie po całym jeziorku.
Na WFie znów było daremnie... Gry zespołowe... Na początku coś na wzór głupiego jasia tylko, że osoby rzucające piłkę po rzucie przechodzą o jeden w prawo tak, że ciągle rzucają nad inna osobą.
Następne ćwiczenie to podrzucanie piłki w cztery osoby na kwadratowym kawałku płótna.
Ostatnie ćwiczenie to taka jakby koszykówka małą piłką gumową. Z piłką nie wolno było zrobić nawet jednego kroku. To było znośne.

Po zajęciach dowiedzieliśmy się, że macierzysta uczelnia nie zaliczy nam semestru z tymi przedmiotami, które mamy aktualnie. Pammukale Universitesi zmieniło nam Mechanike Materiałową na Dynamikę oraz odmówiła nam uczenia nas j. Angielskiego bo skoro jesteśmy na Erazmusie to powinniśmy już umieć ten język w bardzo dobrym stopniu. I nie obchodzi ich to, że mamy ten przedmiot w Learning Agreement.
Teraz będzie trzeba to załatwiać... Zobaczymy co z tego wyjdzie.

poniedziałek, 5 marca 2012

Dzień 35, 05.03.2012, Poniedziałek, "Owce i szalona betoniarka"

Początek dnia nudny. Po obiedzie padła propozycja by wybrać się nad jeziorko, które jest zbiornikiem retencyjnym.
Koło 14 wyruszyliśmy. Pierwsze kilkaset metrów było na oślep, tam gdzie nas nogi poniosły. Potem złapaliśmy wiatr w żagle i zaczęliśmy iść w odpowiednim kierunku. Szybko oddaliliśmy się od naszej okolicy (gdzie są całkiem ładne budynki) i zaczęły się różne zadupia, a potem pola - na polach od cholery kamieni i śmieci.
Każdy miał swoją koncepcję gdzie iść, więc coraz głębiej w coraz gorsze zabudowania wchodziliśmy.
Po lewej wypatrzyłem MM Migros - market który mamy też przy domu - to zaproponowałem piwo. Tylko jeden był chętny to poszedłem z nim, a reszta miała czekać. Po drodze do sklepu powiedział mi, że wg GPS na prawo sprzed Migrosa jest to jeziorko. Gdyby nie moja propozycja to byśmy jeszcze wchodzili w te "slumsy".
W sklepie nie było prawie nikogo. A sam budynek ogromny - z 2 razy większy niż ten niedaleko domu. Przy lodówce z piwami stał koleś, który po kolei brał piwa i trząsł nimi i nasłuchiwał. Cholera wie co robił, ale osoba która kupi te piwa będzie miała niespodziankę. Poza tym nie ma nic ciekawszego niż u nas...
Z MM Migros'a do jeziorka był już rzut beretem. Mijaliśmy jakiś warsztat do którego wjazd był pod takim kątem, że ciężko mogą mieć niektóre auta wjechać, żeby nie zaryć brzuchem.
Żeby dostać się w pobliże wody trzeba było przekroczyć rzeczkę/kanalik po bardzo podniszczonej kładce zrobionej z 3 belek i kilku szczebli. Wytrzymało to coś przeprawę w obie strony więc jest spoko.
W okół wszędzie kamienie, cegły, śmieci, trochę trawy. Ogólnie przyjemnie. Cisza, bo daleko od drogi i mało ludzi. Na drugim brzegu wygląda pięknie. Trzeba będzie się tam wybrać kiedyś i zrobić ognicho albo poopalać się.
Wypiliśmy zakupione piwko siedząc na kamulcach i kontenplując. W czasie gdy tam siedzieliśmy w minaretach muzeini zaczęli nawoływać wiernych na modlitwę. Efekt wyszedł bardzo ciekawy, bo z 3 stron dochodziły nas śpiewy z 3 stron z całkiem dużym opóźnieniem. Fajnie by było położyć się, zamknąć oczy i słuchać tego.
W oddali pasły się owieczki, ale po 30 minutach prawie nas stratowały bo pasterze przenosili stadko w inne miejsce. Zaczęliśmy beczeć do nich i odpowiedziały :D Było kilka młodziutkich.

Jak się zrobiło chłodniej to zebraliśmy się do domu. Po drodze goniła nas szalona betoniarka w bardzo ciasnej uliczce gdzie prawie nie było gdzie się schować. Zaraz po betoniarce nadjechał autobus i też nas gonił.
Wieczorem o 23 wpadł Volkan i pogadaliśmy i napiliśmy się trochę. Wytłumaczył nam jak dotrzeć do tego Carefoura. Wystarczy wejść do busa 34, który zatrzymuje się pod Migrosem i jechać:d  Powiedział też, że na tym poligonie na pewno by nas postrzelili na dzień dobry :D

niedziela, 4 marca 2012

Dzień 34, 04.03.2012, Niedziela, "O pięciu takich co poszli do Carefoura"

Z samego rana o 12 zacząłem robić rosołek słuchając muzyki itp. itd. Wyszedł pyszny.
Po obiadku postanowiliśmy iść do Carefoura zobaczyć co ciekawego i najlepiej taniego tam mają. Droga na mapie była długa i prosta z kilkoma zakrętami. Miała wieść przez jakiś park albo las.
Gdy sobie tak szliśmy (ciągle pod górę, łydki i golenie płoną z zakwaszenia) (cholernie szybkim tempem jak na spacerek) natrafiliśmy na 6-cio pasową drogę zabudowaną betonowymi ścianami i wiodącą pod mostem. Przy wjeździe na nią, zaraz za rondem znajdują się znaki zakazu wstępu dla pieszych, rowerzystów i motorzystów.
Ruch duży, zakaz wstępu, długa droga przed nami.
Najpierw myśleliśmy co by się nie władować na lewy pas i iść pod prąd lub pasem zieleni. Jednakże droga zbyt długa była, co zwiększało szansę spotkania 3 stopnia z policją (znowu), a tym razem raczej nie puścili by nas :D Więc poszliśmy chodnikiem obok betonowej ściany.
Po paru minutach na naszej drodze stanął wysoki płot z drutem kolczastym. Z początku mieliśmy zamiar przecisnąć się miedzy nim a ścianą betonową, ale pomysł porzuciliśmy bo w przypadku niewypału dużo wracania się by było. Poszliśmy wzdłuż płotu, żeby przekonać się jak długi jest. Okazało się, że sięga cholernie daleko. Jakby tego było mało za płotem znajduje się poligon wojskowy ze strażą przy płocie. Jeślibyśmy tam weszli to strażnicy raczej by nas postrzelili, a potem dopiero by zadawali pytania. Taką akcją przebilibyśmy poprzedni rocznik, który barykadował się wUnivCity.
Jako, że nie było sensu tyrać wzdłuż poligonu (strażnik patrzał się spod byka na nas) wróciliśmy do tej drogi i obserwowaliśmy przejeżdżające Dolmuş'e. Niestety nic nie jechało w stronę gdzie chcieliśmy się udać....
Nie było sensu tyle siedzieć, więc porzuciliśmy pomysł z Carefourem i poszliśmy do Parku Çamlık. Było już chłodno, ale nadal przyjemnie, można było w samej bluzie chodzić jeszcze. W głębi parku pięknie przebijało się słońce między listowiem i padało na unosząca się mgiełkę nad ziemią.
Ogólnie to fest fajne miejsce na robienie grilla. Od groma stoi tutaj piknikowych stołów oraz samych grillów murowanych. Problemem będzie skołowanie rusztu, węgielków i mięsiwa (bo drogie).

W Parku Çamlık znajduje się mini zoo. Okazało się, że jest darmowe. Szału nie ma: koza, rotweiler, króliki, kóry, strusie, wielbłąd, kaczki, gęsi, pawie. Młody struś podczas fotografowania załatwił się. A się nieźle zdziwiliśmy, bo robimy fotki, a ten nagle staje prawie na palcach i wyciąga łeb w górę. Myśleliśmy, że coś wypatruje a tu nagle leci mocz i kał. Śmierdziało nieziemsko. Trochę pooglądaliśmy inne zwierzaki i poszliśmy robić placki ziemniaczane.
Placki były wielkim niewypałem, bo na tym cholernym palniku elektrycznym nie można regulować temperatury. Jest praktycznie zero jedynkowy - włącz/wyłącz. Za szybko się przypalały.
Po zjedzeniu udaliśmy się do Konakhana po golarkę i jednego kolesia, który miał nas strzyc. Przyszedł z nami inny ale też nieźle ciął. Gdy czekaliśmy na niego przed blokiem zajrzałem do schowka pod schodami przy wielkiej dziurze przed oknami. Znalazłem tam kafelki, worki z zaprawą oraz cały kibelek z deską. Pewnie się w przyszłości nam przyda.
Strzyżenie odbywało się na 1 piętrze. 4 osoby ścinały włosy. Syf był w calutkim mieszkaniu. Ja przyciąłem tylko boki.

czwartek, 1 marca 2012

Dzień 31, 01.03.2012, Czwartek, Denizli, Turcja

Dzień zaczął przed 8 ponieważ na rano przełożyli zajęcia z wtorku (Analizę Numeryczną) ja jednak spoglądając na budzik ustawiony na drzemkę stwierdziłem, że idę spać dalej. Mateusz i Adrian poszli hardo na wykład i laborkę.
Koło 12 obudziła mnie pracująca gdzieś wiertarka. Myślałem, że mój Dzwoneczek zaczął kręcić płytą w napędzie, ale potem zauważyłem, że jednak jest on wyłączony. Tak więc włączyłem go, odpaliłem muzykę i ogarnąłem trochę mieszkanie po wczorajszym oglądaniu meczu Polski z Portugalią. Pozmywałem naczynia, pozbierałem puszki spod kanapy i ogólnie zewsząd. Trochę śmierdziało piwem rozlanym na podłogę, ale da się wytrzymać.
Przed 14 zebrałem się i wyszedłem na Educational Games. Po drodze spotkałem ludzi z KonakHana co szli do domu. Czekali prawie 2 godziny po Analizie, żeby stwierdzić, że jednak wolą iść do domu 30 min przed WFem. Trochę pogadaliśmy i dołączyli kolejni. Razem udaliśmy się na zajęcia. 
Szefowa trochę się spóźniła, ale co tam. 
Zajęcia były bardzo posrane. Przyszedł szefo całego ośrodka sportowego z dziewczynami (które są wolontariuszkami, które ponoć mają nam pomagać w odnalezieniu się w mieście. Wcześnie nam je przedstawiają po miesiącu gdy już wiemy co gdzie jest i jak kupić. A jakby tego było mało prawie w ogóle po angielsku nie mówią :D)
Ćwiczenia jakie wykonywaliśmy były na poziomie przedszkola. W czasie których robili nam foty i kręcili filmiki.
  • Chodzenie po sali, 
    • na klaśnięcie zmiana sposobu chodzenia, 
    • na dwa klaśnięcia zatrzymanie się
  • Chodzenie po sali,
    • na klaśnięcie zatrzymanie się
    • na kolejne klaśnięcie chodzenie w zwolnionym tempie
  • Chodzenie po sali,
    • na klaśnięcie zatrzymanie się,
    • na kolejne pad na ziemię,
  • Odbicie lustrzane - jedna osoba robi głupie miny i ruchy, a partner powtarza to w taki sposób, żeby wyszło "odbicie w lustrze"
  • Rzeźbienie - dwa kółka po tyle samo osób. Duże kółko na klaśnięcie przechodzi w prawo o 1 miejsce i zmienia położenie jednej kończyny albo całego działa modela w małym kółku.
Po tym szefo poszedł i dziewczyny też, a my rozstawiliśmy trampolinę i materace. Poskakaliśmy chwilę i koniec zajęć. W drodze powrotnej strasznie mnie przewiało, bo czapki zapomniałem i wieczorem się źle czułem... 
Koło 19 moi współlokatorzy poszli na wyprawę w poszukiwaniu taniego dużego wina, które kopie mocno. Udało im się znaleźć i przyszli do nas z 2 osobami wypić 1,5litra na łeb. Wyglądali strasznie pod koniec.
W nocy Mateusz poszedł spać do pokoju i zamknął się na klucz. Zasnął słuchając muzyki z laptopa na pełnej głośności. Do ponad 2 w nocy laptop grał ciągle aż bateria padła. Po tym mogłem iść spać.