Reklama

sobota, 9 czerwca 2012

Dzień 131, 9.06.2012, Sobota, "Autostopem przez galak... Turcję"

Po zjedzeniu śniadania (wyjątkowo bo wiedziałem, że następny posiłek będzie bardzo późno) opuściliśmy mieszkanie. Trzeba było jeszcze kupić serek topiony i wodę w Bim'ie. Potem poszliśmy na drogę wylotową z Denizli, na miejscu byliśmy kilka minut po 10. Jechaliśmy we czterech. Ja i Adrian, drugą parą byli Mateusz i Łukasz. Jako pierwszy ja łapałem okazję. O 10:20 zatrzymał się TIR z wyładowaną paką. Jechał do Acipayam - tam gdzie się mieliśmy kierować na początek, ale puściliśmy go ponieważ po drodze dużo górek jest i wlókł by się niemiłosiernie. O 10:36 zatrzymał się samochód dostawczy. Także zmierzał do Acipayam. Z nim się zabraliśmy. Kierowca był bardzo sympatyczny. Pytał się gdzie jedziemy. My na to, że do Demre. Chciał nam powiedzieć, że to miasto świętego Mikołaja, ale wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy o co mu dokładnie chodzi. Po 50 minutach dotarliśmy do Acipayam (55km przejechane, jeszcze tylko 281). Długo nie czekaliśmy w tym mieście bo o 11:34 już jechaliśmy kolejnym dostawczym.
Praktycznie od razu po zabraniu nas zatrzymał się przy sklepie i kupił wodę mineralną. I polał nam do kubeczków. Zimna woda, pyszna w taką pogodę. Chwilę potem był kolejny postój na stacji benzynowej. Tylko pogadał tam przez telefon. Za każdym razem zostawiał klucz w stacyjce. Po 30 min jazdy zjechaliśmy na kolejną stację benzynową. Nie tak normalnie jak każdy, tylko wbijając na jezdnię o przeciwnym kierunku ruchu pod prąd i przejeżdżając tak 200m. Na stacji spędziliśmy 20 min popijając herbatkę. Pan kierowca zatankował tylko 150l paliwa. Fajny pies pilnował wejścia do sklepu.
O 12:28 ruszyliśmy dalej. Gostek poczęstował nas pomarańczkami i paluszkami. Gdy obierałem pomarańczkę nie wiedziałem gdzie wywalać łupiny, więc rzucałem za okno patrząc czy nie ma nic przeciw temu. Sam potem wywalał wszystko za okno. O 13:09 dotarliśmy do Söğüt. Rozstaliśmy się z kierowcą ponieważ On jechał na Antalyę, a my kierowaliśmy się na Fethiye. Jedziemy już 3 godziny, a zostało nam tylko 225km. Mieliśmy całkiem dobry dzień, bo po ledwie 15 min stania w pełnym słońcu zatrzymał się Renault Fluence z klimatyzacją. Średnia prędkość jazdy ~110km/h. Po 10 min postój przy restauracji na kibelek i kierowca kupił nam po batoniku i 0,5l zimnej wody. Zapierdzielaliśmy bardzo ładnie i szybko nadszedł czas rozstania z klimą. O 14:24 musieliśmy wysiąść i iść na zjazd na Kaş. Przeszliśmy kawałek, żeby stanąć w cieniu. Kolejną okazję łapaliśmy przy cmentarzu. Mieliśmy możliwość zrobienia sobie kilku zdjęć, bo praktycznie nie było ruchu. Zawsze wysiadaliśmy na kompletnych zadupiach gdzie prawie nic nie jeździ...
Pomimo cienia ciężko było wytrzymać. Staliśmy 16 min i trafiła się okazja, ale tylko na około 10km. Po 17 minutach zatrzymał się Volkswagen z klimą i zabrał nas na ~30km i w ten sposób o 15:16 znów byliśmy na drodze. Żeby dotrzeć do cienia przeszliśmy z pół kilometra i na zmianę wychodziliśmy na ulicę, bo cień był na poboczu kilka metrów. Po kilku zmianach trafił się jeden samochód z 3 kolesiami, ale nie zabrali nas bo jechali do Kalkan. A o 15:33 gdy stałem i machałem ręką zatrzymała się para. Zatrzymała to mało powiedziane, aż się cofnęli samochodem, żeby zapytać gdzie jedziemy. Pewnie dziewczyna namówiła kolesia, żeby nas zabrał. Oni także jechali tylko do Kalkan, ale zgodzili się nas zabrać i tak znów przybliżyliśmy się do celu. Już tylko 69km. W Kalkan był nasz najdłuższy pobyt... Próbowaliśmy coś złapać aż ponad pół godziny przeszliśmy ładny dystans wzdłuż drogi próbując coś złapać, ale ciężko było... W naszym kierunku prawie nic nie jechało, a w przeciwnym ciągle był ruch. No i jeszcze te słońce i brak jakiegokolwiek cienia.
Zrobiliśmy kilka fotek, bo już na wybrzeżu byliśmy i dzielnie maszerowaliśmy oczekując na zbawiciela, który pojawił się w czarnym Suzuki. Turek urodzony w Niemczech. Akurat jechał do Antalyi, czym nas uratował od ponownego stania przy drodze, bo zawiózł nas idealnie do Demre. Po drodze widoki były magiczne. Całą pozostałą drogę jechaliśmy wzdłuż wybrzeża serpentynami górskimi. Jeden postój był przy plaży.
O 17:15 wyszliśmy na 2 końcu Demre - trudno, że planowaliśmy rozłożyć się na przeciwnym końcu miasta, ale umówionym miejscem spotkania była rzeka na tym końcu miasta. Na początku nie byliśmy pewni co robić czy czekać przy drodze czy iść na plażę gdzie rzeczka uchodziła do morza. Rozejrzeliśmy się w okolicy. Zadupie totalne. Psy nas prawie zagryzły dupami. Znaleźliśmy wątpliwą ścieżkę wzdłuż rzeki. Po minięciu kilku cieplarni, psów i stada owiec dotarliśmy do kamienistej plaży. W oddali zauważyliśmy kogoś leżącego na kocu. Obok niego leżała czarna torba i czerwony plecak - takie jakie mieli Mateusz i Łukasz. Udaliśmy się więc w tym kierunku i okazało się, że to oni. Cel osiągnięty. Obie ekipy dotarły na miejsce całe i zdrowe! Zamoczyłem sobie nogi w wodzie - musiałem iść w japonkach bo dużo butelek ktoś potłukł... Woda była genialna na stopy po podróży. Na plaży znalazłem sobie 2 kamyczki, którymi mogę kręcić w ręce - bardzo rozluźnia i uspokaja. Obaj się spakowali i wyruszyliśmy na druga plażę. Trzeba było dymać przez calutkie miasto - kompletne zadupie, kilka sklepów przy głównej drodze i od groma cieplarni z pomidorami. Po drodze kupiliśmy chleb, napoje i w końcu udało się znaleźć piwo. Dostaliśmy też pomidory od miłej starszej Pani. Przechodziliśmy koło samochodu ze skrzynkami pomidorów i oglądaliśmy się za nimi bo pasowały by do serka topionego z chlebem. A Pani to widziała i powiedziała, że możemy sobie wziąć kilka, to każdy po 6-7 sztuk zgarnął do torby, podziękowaliśmy i poszliśmy ucieszeni - mimo perspektywy dymania jeszcze 4km w japonkach w 30+ stopniach Celsjusza. Po drodze przypałętało się kilka psów, ale do końca został tylko jeden. Na plaży rozwaliliśmy się w zagłębieniu daleko od morza, żeby przez noc nikt nas nie widział. Zebraliśmy drzewa i czego się dało do rozpalenia ogniska i zrobiliśmy ognisko, żeby posiedzieć przed spaniem. Okazało się niestety, że kilka metrów od nas jest teren podmokły i roi się od komarów. Musieliśmy się szybko ewakuować od tego miejsca bo siekły niemiłosiernie. Pół roku nie widziałem komara na oczy i jak już zobaczyłem to mam bąbla na bąblu... Znaleźliśmy inne miejsce gdzie przygotowaliśmy się do spania. A piesek położył się na wydmie i pilnował nas przez noc. Nie spałem za długo w czasie nocy z powodu namolnych komarów, chociaż byłem owinięty kocem, w dresie, swetrze, czapce zimowej i bandanie na twarzy.

czwartek, 7 czerwca 2012

Dzień 129, 7.06.2012, Czwartek, "Nakarmij Erazmusa"

Dziś odbyła się kolejna przeprowadzka. Tym razem do mieszkania na przeciwko, ponieważ Krzysiek i Sebastian, u których mieszkaliśmy dziś wyjechali do Antalyi. Podczas zbierania swoich maneli odchudziłem torbę o ponad kilogram - wywalając opakowania różne i parę innych rzeczy.
Teraz mieszkam u Łukasza i Mateusza. Od nich wyprowadził się Tomek, który także do Antalyi pojechał - dzięki czemu zwolniło się tu miejsce dla nas. Po ruchach migracyjnych pozbieraliśmy niepotrzebne Krzyśkowi rzeczy - naczynia jedzenie itp. Trochę się tego nazbierało.
Na 19 zrobiłem gulasz z pieczarkami i ryż. W międzyczasie Sylwia poprzynosiła nam trochę jedzenia i rzeczy. Potem poszedłem po mieszkaniach w poszukiwaniu mydła (potem Sylwia nam dała jedno) i mąki do sosu.
Po tych poszukiwaniach nagle wszyscy, którzy się pakowali do wyjazdu (bo cały budynek dziś wyjechał) zaczęli nam znosić garnki, jedzenie, picie i ogólnie wszystko co mieli do oddania. To wszystko przez to, że wypytywaliśmy czy nie mają zbędnego żarcia.
Po trochu przynosili wszystkiego. Teraz mamy tylko 2 kg soli, 3 kg mąki, 4 butelki oleju, w cholerę wody, przypraw, kilka rodzajów płatków, makarony, owoce, jajka. Wszystkiego trochę. Darmowe żarcie, duużo żarcia.
Jakby tego było mało mamy kilka garnków, 4 patelnie, niezliczoną ilość sztućców, talerzy; 3 deski do krojenia, kubki szklanki. Cała kuchnia zawalona gratami.

Po 21 złapałem Arka - naszego doktoranta w jego mieszkaniu. Chciałem się upewnić jak dokładnie wygląda sytuacja z naszymi papierami, które potrzebujemy pobrać z tej uczelni. Nie ma się czym martwić, wyślą je nam pocztą do biura erazmusowego w Gliwicach. Od razu rozejrzałem się co by można było zachachmęcić, w końcu już nic nie potrzebuje. Jak zaczął mi dawać czego nie potrzebuje - co by w innym wypadku wywalił przez okno - to ustawił mi taką kolumnę na rękach, że prawie poleciało wszystko na podłogę i  i tak by przez okno poszło potem.
Do samego wyjazdu znosili nam co się dało.
Ostatecznie o 22.15 odjechali autokarem w stronę zachodzącego słońca.

piątek, 1 czerwca 2012

Dzień 123, 1.06.2012, Piątek, "Niepewny czas"

Wczoraj dowiedzieliśmy się, że egzamin z Analizy Numerycznej zdały tylko 2 osoby, a 10 osób nie przekroczyło nawet 20% punktów oceny końcowej. Dodatkowo dowiedzieliśmy się, że w Hiszpanii oblało aż 16 osób i strona polska nic im nie pomogła. Już wszyscy są w domu z oblanymi przedmiotami... Nam także grozi coś podobnego przez co wiele osób się stresuje, ponieważ podpisaliśmy umowę. Jeśli oblejemy semestr na Erazmusie to będziemy zmuszeni zwrócić całe otrzymane stypendium na wyjazd. Tak więc dziś na 11 przyszliśmy do profesorka spróbować coś utargować, żeby przepuścił nas. Do Jego pokoju weszły tylko 3 osoby, żeby nie robić tłoku i żeby na spokojnie z nim pogadali. Siedzieli tam przez 1,5h i dowiedzieli się tyle co wczoraj. Alkan nas przeprasza, że tak słabo nam poszło. Nie spodziewał się, że egzamin pójdzie tak słabo, jednakże nie może nas przepchnąć na siłę ponieważ mamy ten sam numer kursu co 2 grupy tureckie, przez co jesteśmy klasyfikowani razem z nimi. Turki napisały to dużo lepiej niż my, przez co plasujemy się na samym końcu listy wyników. Tutaj jest taki głupi system, że jakiś procent osób musi zostać oblana, a w tym wypadku wypada to na nas... Ja uzyskałem 5 najlepszy wynik końcowy wśród Erazmusów - 45% Usłyszałem, że mam szansę na zaliczenie :D Gdy oblegaliśmy Alkana w jego pokoju i sprawdzaliśmy wyniki przyszedł prof Cemal i pożartował trochę, że urządziliśmy strajk pod pokojem Alkana. Potem z nim pogadał chwilę i przekazał nam wiadomość "10 studentów pewnie obleje na 100%" to ci co nie przekroczyli 20% oceny końcowej, ale i tak reszta nie ma pewności co do oceny. Ostatecznie Alkan wymyślił, że sprawdzi egzaminy jeszcze raz i nie będzie zwracał uwagę na błędy w rachunkach co powinno dołożyć kilka dodatkowych punktów z Final Exam. Po tym postanowiliśmy iść coś zjeść, bo już i tak nic się nie załatwi. Poszliśmy do pierdolnika zjeść Pide. O 15 kilka osób poszło jeszcze raz do Alkana pogadać z nim. Ugadali tyle, że wyśle zadanie domowe na maila, które mamy zrobić. Będzie chyba liczone jako punkty za egzamin. Po godzinie dotarł email z 3 zadaniami. Pierwsze wrażenie po otwarciu pliku - "O kurwa". Kolejne wrażenia podobne. Będzie ciężko.

środa, 23 maja 2012

Dzień 114, 23.05.2012, Środa, "Przedszkole i egzamin z Materiałoznawstwa"

Okazało się, że Fatma, która miała nagrywać film z mojej i Azize gry w przedszkolu nie wcisnęła przycisku "Nagrywaj" w telefonie. Patrzała sobie tylko na podgląd na ekranie telefonu przez co zmuszeni byliśmy iść jeszcze raz do przedszkola i nagrać ten filmik w końcu jak należy. Umówiłem się z Azize o 14 - przed moim egzaminem z Materiałoznawstwa II - pod wejściem do w/w przedszkola. (dobrze, że wychowawczynie zgodziły się na to,abyśmy mogli jeszcze raz zagrać z dziećmi) Przyszedłem trochę za wcześnie, więc usiadłem na trawniku i poczytałem książkę. Gdy przyszła Azize z Fatmą weszliśmy do środka, tam poczekaliśmy trochę, aż nauczycielki zbiorą dzieci z salce i przyniosą sprzęt, który zostawiliśmy ostatnio. Szybko rozkleiliśmy taśmę klejącą na dywan, ustawiliśmy chmurki i baloniki w odpowiednich miejscach, po czym zaczęliśmy nagrywać. Azize wytłumaczyła jeszcze raz dzieciom zasady gry, zademonstrowaliśmy jak grać, po czym dzieci znów miały radochę.
Zrobiliśmy sobie zdjęcie grupowe, pozbieraliśmy manele, oddaliśmy przedszkolance. Dałem kartę pamięci Fatmie, żeby zgrała filmy i zdjęcia na netbooka. Gdy mieliśmy się zbierać Azize i przedszkolanka wpadły na szatański pomysł. Jako, że jestem Polakiem i mówię po angielsku, a to przedszkole ma w programie angielski zostałem "zmuszony" do prezentacji przed inna grupą przedszkolaków. Zmuszony bo nie wiedziałem o co chodzi, aż nie weszliśmy do salki z dziećmi, gdzie anglistka mi powiedziała o co chodzi. Przywitałem się z dziećmi, wymieniłem uprzejmości (How are you? I'm fine, and you?) i następnie miałem powiedzieć o sobie kilka słów. Potem dzieci miały szanse na zadanie jakichś pytań, ale był za bardzo speszone.
Po tej prezentacji pożegnaliśmy się wyszliśmy. Dziewczyny odprowadziły mnie pod bramę kampusu bo musiałem iść na egzamin.
Na wydziale tyle było ludu, że jeszcze nigdy nie widziałem tam tyle osób o tej porze (przed 15:00). Egzamin poszedł całkiem całkiem. Po egzaminie tradycyjnie zakupy na obiad i piwo jako nagroda za kolejne zaliczenie.

piątek, 18 maja 2012

Dzień 109, 18.05.2012, Piątek, "Gry i zabawy z dziećmi"

Dwa wcześniejsze dni poświęciłem na omówienie projektu z moją partnerką z Educational Games. Na początku próbowaliśmy po angielsku gadać - a jako, że Ona nie zna w ogóle tego języka i używała Google Translate, wiele rzeczy nie rozumiałem z tego co pisała. Więc potem zaczęliśmy rozmawiać po turecku - ta opcja była dużo lepsza, bo bardzo dobrze zaczęliśmy się dogadywać.

Dziś umówiliśmy się się o 11 rano pod MM Migros. Najpierw przyszedł Łukasz - bo jego partnerka jest przyjaciółką mojej, więc mieliśmy we czwórkę iść robić te projekty. Dziewczyny się spóźniły jakieś 10 minut.
Azize - moja partnerka mówiła, że przyprowadzi kogoś kto zna angielski, ale przyszły tylko we dwie, więc nie pogadaliśmy sobie za dużo na początku.
Od razu poszliśmy do szkoły podstawowej. Na miejscu musieliśmy poczekać jakieś 10 min ponieważ trwała jeszcze lekcja WFu. Przez ten czas siedzieliśmy w kanciapie WFistów. Dostaliśmy herbatki - wszyscy pili z tradycyjnych szklaneczk w kształcie tulipana, a ja i Łukasz dostaliśmy w dużych 200ml szklankach. I starszy koleś - nie wiem kim dokładnie był zagrał dla nas na instrumencie podobnym do lutni.
W międzyczasie zrobiliśmy sobie fotkę, a dzieci już skończyły WF i miały podnietę jak nas widziały. A akurat kanciapa miała przeszkloną ścianę i drzwi, czuliśmy się jak zwierzęta w zoo. P chwili wpadło do środka kilka dziewczynek i się pytały o nasze imiona. Gdy usłyszały moje imię bardzo się zdziwiły - bo w Turcji imię Kamil także występuje. Miały ogólną radochę, że zamieniły kilka słów z obcokrajowcami.
Gdy wyszliśmy na boisko rozstawiać sprzęt do naszych gier, dzieci nas ciągle zaczepiały i miały radochę. Pierwsi grali Fatma i Łukasz - raczej powinienem powiedzieć Fatma wytłumaczyła zasady a Łukasz stał  i sie patrzał ;d. Był to rodzaj berka. Praktycznie na tą jedną grę poszła cała karta pamięci w aparacie na film.

Naszą grą było rzucanie piłeczkami przez dziury w płótnie. Ja liczyłem punkty jednej drużyny.
Po zagraniu i nagraniu filmików zaczęliśmy się zbierać. Dzieci nas otoczyły i oddelegowały jedną dziewczynę, która umiała trochę po angielsku. Owa dziewczynka zapytała nas "Czy pokażemy ciało". Prawie padliśmy jak to usłyszeliśmy. Po pozbieraniu maneli poszliśmy do wyjścia, a dzieci za nami biegły i się żegnały - przebiegły cały plac szkolny aż do ostatniego płotu, żeby nas żegnać.

Po szkole podstawowej poszliśmy zjeść lunch, bo akurat zbliżała się godzina 13 - czyli lunch time. Zjedliśmy w restauracji gdzie za 5TL można sobie wybrać 5 dań na talerz. Dziewczyny się uparły żeby za nas zapłacić, a że bariera językowa utrudniała trochę komunikację, zgodziliśmy się. Ogólnie turki cholernie lubią stawiać wszystko zagranicznym kolegom.
W restauracji zgraliśmy fotki i filmy na netbooka Fatmy i trochę pogadaliśmy za pomocą translatora. Przed 14 poszliśmy do gimnazjum nakręcić kolejną część materiału go projektu.

Z początku mieliśmy grać na dworze, ale padał deszcz - co prawda kropiło lekko i mi to nie przeszkadzało, ale wuefista postanowił przenieść zajęcia na salę gimnastyczną. Sala była w bardzo złym stanie. Spaczone klepki na połowie parkietu, multum brakujących klepek i syf. Poza tym było przytulnie :D
Jako pierwsi znów grali Fatma i Łukasz:
Gra integracyjna z piłką. Zasady proste. Jedna osoba podrzuca piłkę w górę krzycząc imię drugiej osoby. Wykrzyczana osoba musi złapać piłkę, jeśli upuści to musi zbić nią kogoś innego. Potem sytuacja się powtarza.
Też w to zagrałem - zostałem zaciągnięty na środek :D Nie starałem się łapać piłki bo fajniej jest kogoś zbić niż wywołać. Turki jak zbijały to rzucały słabiutko - tak tylko aby trafić. Ja rzuciłem tak po polsku, czyt. z całej siły. Jak się  odbiła piłka od ramienia (kilka cm wyżej i była by twarz) jednego turka to aż cała sala mi brawa biła.
Po skończeniu meczu przyszedł czas na moją i Azize grę:
Każdy otrzymuje balonik, popmuje go i zawiązuje. Następnie musi napisać na nim swoje imię oraz miejsce urodzenia. Gdy już każdy ma tak przygotowany balonik puszczana jest muzyka, a wszyscy zainteresowani wzbijają baloniki w powietrze i starają się powstrzymać ich kontakt z podłogą. Gdy muzyka ustaje, każdy łapie balon, a następnie próbuje zgadnąć czyj on jest.
Przyznam, że ciekawsza była gra od Fatmy, no ale liczy się to, że mamy materiał na projekt.
Następnie poszliśmy do przedszkola. Tam na początku siedzieliśmy w recepcji na kanapach. Pogadaliśmy chwilę z nauczycielką angielskiego. Łukasz i Fatma tylko siedzieli, a ja i Azize musieliśmy przygotować jeszcze sprzęt do naszej gry, mianowicie wycięcie 3 chmurek z kolorowych brystoli i napisanie na nich "wczoraj", "dziś", "jutro". (Jeszcze motyw przerąbany, żeby wejść tam trzeba było założyć szpitalne worki na buty)
Wspólnymi siłami odrysowaliśmy 3 chmurki i wycięliśmy - idealna praca zespołowa rzekłbym. Potem jeszcze Azize poszła napełnić baloniki wodą.
Gdy już wszystko było gotowe, dzieci weszły do pokoju gdzie mieliśmy grać, my też tam się udaliśmy. Podczas przygotowań do gier dzieci zaśpiewały nam "Jingle Bells" i  piosenkę o anatomii po angielsku.
Jako pierwsi grali Fatma i Łukasz. Potem my.
Jak poprzedniego dnia próbowałem przetłumaczyć zasady tych gier razem z Azize, za cholerę  nie byłem w stanie zrozumieć zasad tej gry dla przedszkolaków, wydawało mi się to cholernie skomplikowane i dziwne. Okazało się, że jest to bardzo prościutka gra:
Na 3 kartonikach napisane jest "wczoraj", "dziś" i "jutro", każdy jest innego koloru. Do tego są odpowiednich kolorów baloniki. Gdy prowadząca powie "jutro", dzieci muszą wziąć balonik tego samego koloru co kartonik, skakać na dwóch nogach wzdłuż linii, zatrzymać się 0,5m przed chmurkami i rzucić balonik na chmurkę tego samego koloru.
Po rozegraniu partii i nagraniu wszystkiego i zrobieniu zdjęć pożegnaliśmy się z dziećmi i nauczycielkami, i wyszliśmy. Przed przedszkolem spotkaliśmy kolegę dziewczyn. Zaproponował żebyśmy poszli się czegoś napić. Ja i Łukasz byliśmy chętni na piwko, więc wsiedliśmy wszyscy do jego samochodu i pojechaliśmy... Na uczelnię. Okazało się, że w restauracji przy centrum sportowym na terenie kampusu można kupić sobie piwo. Tam posiedzieliśmy z godzinę, Fatma zgrała wszystkie foty i filmy na netbooka. Potem ten koleś nas odwiózł do domu.

Gdy  tylko przekroczyłem próg mieszkania, dostałem polecenie "myj ręce i pomóż kleić pierogi" no i  żeśmy kleili z 1,5h.

niedziela, 6 maja 2012

Dzień 97, 06.05.2012, Niedziela, "Zły dzień"


Nie dość, że miałem bezsenną noc. Nie spałem do chyba 5 rano – w tym czasie czytałem książkę, a potem obejrzałem film. Na dodatek koło 11 rano z pobliskiego Minaretu zaczęły wydobywać się modlitwy. Były cholernie głośne no i długie. Prawie 2 godziny praktycznie bez przerwy. Po bezsennej nocy chciałem trochę odespać popołudniu, ale nie udało się z wiadomych przyczyn...
Ehh. Jakby tego było mało, przy zmywaniu potłukłem swój głęboki talerz. Spadła mi szklaneczka do herbaty z szafki do zlewu, w którym był talerz. Szklaneczka cała, a talerz w 2 częściach... Potem myjąc tarkę za 1,5TL rozwaliłem sobie palec o wystające debilne mocowanie. Piękny początek dnia – o 14..... Chce już, aby ten dzień się skończył...
Zrobienie obiadu zajęło nam dziś wyjątkowo długo, ale udało się go nie spieprzyć na szczęście. Po zjedzeniu miałem odpocząć i pouczyć się z mechaniki, ale w końcu nie zabrałem się za to. Jutro coś zrobię.
Nasi sąsiedzi to wariaci. Chyba znów mecz jakiś jest albo coś w tym stylu, bo przez pół dnia co jakiś czas okrzyki radości i wrzaski z dołu słychać. Nie wiem czy oni sobie nagrywają mecze swojej drużyny i puszczają je w kółko ciesząc się z goli? Prawie codziennie słychać od nich takie odgłosy jakby mecz oglądali. Dziś to jest wyjątkowo długo :D
W końcu dziś zebrałem się w sobie i napisałem relację z 2 dnia w Bodrum. ;]

niedziela, 22 kwietnia 2012

Dzień 83, 22.04.2012, Niedziela


W drodze do klubu poznałem jednego turka – Aidym miał na imię (nie jestem pewny pisowni). W klubie na start dostaliśmy po szocie jakiegoś drinka – nie znam się na drinkach, a o nazwę nie pytałem więc nie wiem co to było dokładnie, ale był całkiem dobry.
Miałem smaka na prawdziwe piwo, ale jak usłyszałem, że kosztuje 8TL w barze to postanowiłem iść do sklepu obok kupić „Tuborg'a” za 4TL w butelce. Musiałem szybko je wypić przed sklepem bo jak to bywa w barach i klubach nie można wchodzić z napojami kupionymi poza barem. Jakiś czas później poszedłem tam drugi raz z Aidymem – postawił mi piwo.
Około 3-4 wróciliśmy do hotelu. Na dworze było już całkiem chłodno. Kilka osób chciało popływać w basenie w środku nocy, ale jak dotknęli ręką wody to zrezygnowali – za zimna.
Poszedłem do pokoju razem z Adilem. Ja byłem taki zmęczony i podchmielony, że praktycznie od razu położyłem się spać w samych bokserkach. Co prawda podczas rozbierania się musiałem co 20 sekund wyłączać bezpieczniki prądowe i włączać jeszcze raz, żebyśmy mieli światło ponieważ nie działał nasz breloczek do klucza, który włącza prąd. Trochę śmieszne było to, że ja spałem w samych bokserkach, a Adil musiał założyć na siebie Jeansy i bluzę z kapturem (kaptur na głowie miał ściągnięty sznurkami) – bo było mu strasznie zimno. W sumie nie ma co się dziwić skoro w Maroko temperatura dochodzi do 50 stopni w lato.
Rano obudził mnie około 7 bo nie mógł wytrzymać już w tym łóżku z zimna i poszedł na śniadanie – był pierwszą osobą która zjadła dziś śniadanie.
Ja pospałem jeszcze do 9,30 po czym wyszedłem szukać reszty. Grali w bilarda i powiedzieli mi żebym lepiej pośpieszył się na śniadanie bo mogę nie zdążyć.
Na śniadanie wypiłem dużo Cayu, do tego ziołowe bułeczki, serek, wędlinka jakaś i kilka jajek. Posiłek zjadłem z Aidynem i dwoma innymi Turkami.
Gdy otworzyli bar oblegliśmy go – byliśmy pierwszymi „klientami”. Gdy mieliśmy już swoje piwka zapytaliśmy szefa czy możemy pograć sobie w rzutki. Nie robili problemu i pozwolili nam grać, nawet przydzielili laskę, która miała nam „pomagać”. Chcieliśmy zagrać w 301 – trzeba uzbierać dokładnie 301 pkt. Okazało się, że oni tutaj nie znają żadnej gry oprócz „Zabójcy”, w którego graliśmy wczoraj.
Przez to straciliśmy dużo czasu na wytłumaczenie Jej zasad. Cały czas trzeba było pilnować, żeby dobrze zapisywała wynik, zamiast ciągle dodawać ustrzelone punkty w danej kolejce do tych z poprzednich kolejek zapisywała po prostu tyle ile ktoś uzbierał i nie dodawała nic. Rozegraliśmy w ten sposób tylko 2 gry – w pierwszej skończyłem jako drugi, a w kolejnej jako przedostatni.
Praktycznie chwilę przed wyjazdem z hotelu dowiedzieliśmy się, że możemy zamówić za darmo hamburgera z frytkami, więc rzuciliśmy się jak najszybciej, żeby zdążyć jeszcze zjeść jednego ;D Zamówiłem swojego i poszedłem się w międzyczasie spakować, bo mieliśmy się wymeldować i jechać na plażę.
Gdy zebrałem swoje manele hamburger już na mnie czekał. Cieszę się, że mi go nie zjedli. Gdy zjadłem swojego hambka przyszedł Darius pytać się Simona czy nie widział jego telefonu. Zginął mu gdzieś telefon w pokoju po tym jak Room Service posprzątało wszystkie pokoje. Zapowiadało się na nieprzyjemną sytuację, ale po rozmowie w recepcji i przeszukaniu jeszcze raz pokoju okazało się, że sprzątaczka zostawała telefon na łóżku ale przykryła go kołdrą ja słała je.
Przed pójściem szukać telefonu także zamówił sobie hamburgera, więc my siedzieliśmy i czekaliśmy na niego i na jego hamburgera. W międzyczasie wydarzył się wypadek – jakiś koleś przeszedł przez szybę obok szklanych drzwi... Cały jeden segment roztrzaskany. Huk, krzyki i zbiegowisko ludzi. Na szczęście nic strasznego mu się nie stało. Tylko kilka ran ciętych.
Gdy wszyscy byli już gotowi poszliśmy się wymeldować i pojechaliśmy na plażę. Spędziliśmy tam pół dnia. Szczerze to nie było tam za dużo do roboty. Ktoś kupił piłkę do siatkówki i pograliśmy trochę. Graliśmy obok leżącego sobie na piasku dużego psa. Piłka wiele razy spadała blisko niego, prawie go trafiając. A on tylko łeb podniósł, popatrzał i położył się znowu jakby nigdy nic.
Podczas gry rozwaliłem sobie paznokieć u lewej nogi – złamał się i wbiły się pod niego kamienie. Tak więc to by było na tyle w sprawie chodzenia na boso po piasku... Szybko przemyłem ranę u poszedłem założyć buty i zrezygnowałem z gry.
Później nikomu już nie chciało się grać, więc zaczęły się nudy. Poszedłem do sklepu z Mateuszem i Dariusem. Kupiłem pocztówki i herbatę. Gdy wróciliśmy ze sklepu reszta chciała się przejść, więc poszliśmy na spacer i zrobiliśmy kółeczko po okolicy.
Około 17 wreszcie pojechaliśmy stamtąd. Zabrali nas na najwyżej położony punkt w mieście – przy ruinach wiatraków. Rozpościerał się stamtąd piękny widok. Gdzie nie spojrzeć, widok zapierał dech w piersiach. Dali nam trochę czasu na zrobienie sobie zdjęć. Zapuściłem się dość daleko od autokaru – bo im dalej tym lepsze widoki były i gdy wracałem fajnie patrzało się jak autokar odjeżdża, a raczej stacza się do morza. Przynajmniej takie to wrażenie sprawiało, ale na serio kierowca tylko przestawiał busa.
Z tego miejsca pojechaliśmy w końcu w stronę domu. O 20 zaczął się mecz Fenerbhace – drużyny za którą tutaj wszyscy szaleją, więc słuchaliśmy relacji przez radio. Przed 21 zatrzymaliśmy się przy jakiejś restauracji, wiele osób poszło coś zjeść i przy okazji pooglądać mecz... Straciliśmy tam trochę czasu i ruszyliśmy dalej. Po drodze gdy padła bramka dla „naszej” drużyny kierowca aż trąbił z radości (2 godziny później trąbił sobie w rytm muzyki ;D)
Kilkanaście minut po 21 autokarze jakieś poruszenie się zrobiło wśród ludzi. Wszyscy wychylali się przez fotele i patrzeli przez przednią szybę. Zdziwiłem się i zobaczyłem co się dzieje. Okazało się, że przed nami jedzie piany kierowca, a że jechaliśmy przez góry – kręte drogi, więc całkiem niebezpieczne to było... Jechał normalnie sinusoidą – od pobocza do pobocza. Kierowca busa na zakrętach trąbił, żeby ostrzec jadących z naprzeciwka. Kilka było sytuacji, że jechał na czołowe. Turki zadzwoniły na policję, podali numery auta oraz miejsce gdzie jesteśmy. Po jakimś czasie tamten zatrzymał się i kilku wyskoczyło z busa i wyciągnęli kierowcę i pasażera. Obaj ledwie się na nogach trzymali. Coś pogadali z nimi i puścili ich. Wydaje mi się, że kazali im jechać na najbliższą restaurację i czekać na policję, bo właśnie zjechali na jedną.
Gdyby koleś spowodował wypadek, to zapewne spędzilibyśmy trochę czasu tam jako świadkowie. Wtedy zaczynałem żałować, że nie zjadłem nic w tej restauracji, ale na szczęście nic się nie stało.
Około 23 byliśmy już w Denizli przed Migrosem. Czekał tam na nas Volkan. Pożegnaliśmy się z ludźmi, przywitałem się z nim i poszedłem do sklepu po chleb, a On i Mateusz poszli po piwo. Posiedział u nas jakieś 2 godziny, pokazałem Mu fotki i filmiki, w międzyczasie zrobiliśmy sobie kolację, nie chciał się poczęstować.
W taki oto sposób zleciał mi weekend. :D

sobota, 21 kwietnia 2012

Dzień 82, 21.04.2012, Sobota, "Kierunek Bodrum!"

Ostatnio rzadko piszę coś ponieważ wkradła się rutyna. Życie w Turcji stało się normą i nie dzieje się aż tak wiele ekscytujących rzeczy jak na początku gdy poznawałem dopiero okolicę itp. Przechodzenie przez ulice już jest całkiem normalną czynnością :D Dziś była wycieczka do Bodrum.
Nie spałem za dobrze z tego powodu. Najpierw nie mogłem zasnąć przez kilka godzin, a potem jak już zdołałem usnąć, byłem zawieszony na granicy snu i jawy. Krótko mówiąc jak wstałem o 6 byłem bardzo niewyspany. Szybki prysznic, potem spakowałem plecak - nie mogłem zrobić tego poprzedniego dnia bo ubrania dopiero schły przez noc. Udało mi się nie zapomnieć niczego. Ubrany i spakowany, po sprawdzeniu czy wszystkie dokumenty i pieniądze są w kieszeniach usiadłem i się zdrzemnąłem. Czekaliśmy aż Simon i Claudia - rumunka - wpadną po nas.
Około 7,10 zadzwonili do drzwi. Szybko jeszcze połknąłem zyrtec i rutinoscorbin - bo się źle czułem ostatnimi dniami. I pobiegłem do windy, w której na mnie czekali wszyscy. Na parterze dołączyliśmy do Dariusa - rumun- i poszliśmy pod Migros gdzie mieliśmy się spotkać z Barisem. W momencie gdy dochodziliśmy pod sklep pojawił się Baris i czekali na nas jeszcze Adil - marokańczyk - i Katerina - rosjanka.
W komplecie udaliśmy się w miejsce gdzie czekał na nas autokar.  Po drodze kupiliśmy obarzanki - ja nic nie jadłem na śniadanie bo nie kupiłem nic wieczorem... Po dotarciu do autokaru wrzuciliśmy manele do luku bagażowego i czekaliśmy na pozostałe osoby jadące na tą wycieczkę.
W międzyczasie nawiązała się ciekawa rozmowa między wszystkimi. Ja tylko słuchałem, bo dopiero co poznałem prawie wszystkich. Głównym tematem rozmowy był plan na przyszłość Claudii. Otóż chce znaleźć męża - nie piłkarza, bo piłkarze są jak pszczoły (skaczą z kwiatka na kwiatek) - i mieć szóstkę dzieci. Wszyscy lekko sobie żartowali z tego i dopytywali o szczegóły. W wieku 26 lat chce zacząć robić dzieci i skończyć po 6 latach. Od razu padły propozycje, że lepiej by było jakby bliźniaki albo trojaczki były. Wtedy za 2-3 tury już miałaby drużynę koszykarską.
Ogólnie dziewczyna bardzo udana. Energiczna i apodyktyczna - co zarządziła to musieliśmy zrobić.
Gdy już wszyscy dotarli wyruszyliśmy w drogę. Po drodze czytałem książkę na telefonie, spałem i oglądałem widoki. Podróż zajęła coś kolo 4 godzin z kilkoma przerwami na fajkę i kibelek. Jazda przez góry była dziwnym przeżyciem. Droga kręta, ciśnienie zmienia się tak szybko, że zatyka uszy - podobnie jak w samolocie się dzieje - ale za to widoki czasem zapierały dech w piersiach.

Na miejsce dotarliśmy po 12. 30 min zajęło zameldowanie, zabrali mi legitymację studencką. Po odebraniu klucza zaprowadzili nas do pokoi. Moim współlokatorem został Adil Boktaya z Maroka. Przyjechał do Denizli na staż. Studia już skończył - Zarządzanie Środkami Ludzkimi - z tego też potem były żarty (sprzedaż organów i handel ludźmi)
Razem z Adilem odnalazłem nasz pokój - 2408, przebraliśmy się w luźniejsze ciuchy - ja się przebrałem 2 razy bo najpierw ubrałem spodenki do pływania ale potem ubrałem krótkie bojówki bo padła propozycja na miasto iść. To znaczy był to raczej przymus bo Adil nie wziął ze sobą spodenek do pływania, więc trza było kupić. Nad basenem już smażyli się Simon i Darius. Nie chcieli nigdzie iść - woleli się opalać, a słońce grzało zacnie - pod warunkiem, że nie było zasłonięte przez chmury co po południu było częste. W drodze do recepcji wpadliśmy na dziewczyny. Claudia była niesłychanie głodna - prawie nas pogryzła :d We 4 udaliśmy się do miasta zgodnie ze wskazówkami wodzireja hotelowego.
Praktycznie wszystkie restauracje były zamknięte. Podczas poszukiwań zahaczyliśmy o sklepy - dziewczyny jak to dziewczyny lubią zakupy, więc nie mieliśmy wyboru za dużego, Dobrze się złożyło bo w końcu kupiłem sobie pierścień. Od czasu gdy rozwaliłem pierścień atlantów brakowało mi czegoś na palcu. Sprzedawca bardzo przyjacielski spuścił cenę z 25 do 20 TL. Claudia u niego kupiła okulary słoneczne.
Niedaleko tego sklepiku znajduje się knajpka z kebabem. Zamówiliśmy Tavuk Donnera z ayranem, a dziewczyny z sokiem. Za 6 TL w turystycznym mieście za całkiem zapychający posiłek jest całkiem dobrą ceną.
Po obiedzie poszliśmy na dalsze zakupy bo Claudia chciała kupić jakiś kapelusz - już wcześniej przeglądała kilka w sklepie. Trafiliśmy do kolejnego butiku, w którym spodobał jej się jeden biały z dużym rondem. Zostałem wyznaczony do trzymania puszki z Jej sokiem, a Ona poszła przymierzać. W końcu się na niego zdecydowała i zaczęły się targi. Za kapelusz 15 albo 20 Tl - już nie jestem pewny i dodatkowo sprzedawca dorzucić chciał torebkę za łączną cenę 70 TL. Bronił się zażarcie, a my atakowaliśmy coraz niższe ceny. Zarzekał się, że i tak tanio sprzedaje ponieważ jest przed sezonem, a my jesteśmy pierwszymi klientami dziś. My na to, że jesteśmy tylko biednymi studentami i to za drogo jest, a on - że też jest tylko studentem i musi coś zarobić, chociaż jest przed sezonem. Po kilku minutach zażartego targowania się czterech na jednego wytargowaliśmy 55 za kapelusz i torebkę.
Po ponad godzinie spędzonej na zakupach wróciliśmy w końcu do hotelu. Po drodze Claudia przestraszyła się, że zapomniała soku wziąć. Gdy Jej go dałem ucieszyła się i stwierdziła "co bym bez was zrobiła". Ograniczyła rolę faceta do: trzymania soku, kupowania perfum, wręczania kwiatów i płodzenia dzieci. Było zabawnie.
W hotelu przebraliśmy się w stroje do pływania/opalania się i poszliśmy na basen. Kilka godzin byczenia się na słońcu - które akurat wyszło jak wróciliśmy z miasta - z darmowym piwkiem.
O 14 odbył się mecz piłki wodnej. Ja nie grałem bo woda za zimna dla mnie i ogólnie nie lubię pływać. Wolę się opalać.


O 15,30 graliśmy w rzutki. Tylko nasza ósemka + jakiś starszy koleś się skusił na grę. Ci ludzie znają tutaj tylko jedną grę związaną z rzutkami. Każdy ma przypisany numer i 3 życia. Jak ktoś trafi w dany numer to "zabija go". Po utracie 3 żyć odpadasz z gry.

Mecz nie zajął dużo czasu. Zagraliśmy tylko raz i organizatorzy zmyli się, a szkoda. Po tym przyszedł czas na  więcej leżenia na leżaku i więcej darmowego piwa i ciastek.
Około 16-17 przyleciało od groma dzieciarni robiąc hałas, ponieważ przyjechała wycieczka z wieloma dziećmi, pewnie z powodu dnia dziecka, który jest 23 kwietnia. Bardzo mi się to nie podobało, no ale nic na to nie można było poradzić...
O 18 zebraliśmy się z basenu wziąć prysznic przed obiadem. Okazało się jednak, że obiad dopiero się zacznie o 19:30, więc mieliśmy aż 1,5h czekania. Kulturalnie usiedliśmy sobie przy stoliku na balkoniku popijając drinki. Jak z Adilem zamawiałem wódkę z colą to lekkie zamieszanie przy barze się zrobiło i prawie jeden bajtel wziął colę z wódką, ale na szczęście wziął samą colę z lady :D
Z głośników cały czas leciały tureckie rytmy. Claudia postanowiła zatańczyć taniec brzucha, był to całkiem zacny pokaz. Nagrałem 2 filmiki i prawie dostałem w twarz bo na początku nie zdawała sobie sprawy z tego, że nagrywam.
Po 1,5h oczekiwań i po niezliczonej ilości drinków w końcu otworzyli bufet z szwedzkim stołem. 3 dokładki brałem - bo za darmo i dobre. Pieczeń z indyka, puree z kalafiora, sałatki, makaron wstążki z sosem i od groma innych rzeczy. Samej pieczeni zjadłem z 8 kawałków. Wszystko było pyszniutkie. Najszybciej ta pieczeń szła - po 5 min już musieli przynieść kolejny pojemnik.
Po obiadku wieczorem oblegliśmy świetlicę z piłkarzykami i bilardem. Razem z Dariusem rozłożyłem Adila i Simona. Wyniku nie liczyliśmy, ale przewagę mieliśmy ogromną. Potem skołowaliśmy bile i kije do bilarda zagraliśmy partię i musiałem zrezygnować, bo wparowały dzieci i nie dało się wytrzymać na tak małej powierzchni w takim hałasie... Na dodatek zamiast wódki dostałem Raki - anyżowa turecka wódka. Zauważyłem to po białym kolorze... Żałuję, ze to wypiłem bo do końca dnia źle się czułem przez to...
Wieczorem dotarł do hotelu Baris - bo rano pisał egzamin. Potem odbył się konkurs na miss hotelu. Claudia wzięła udział, ale nie wygrała bo inna laska miała większą publikę niestety...
Ostatnim punktem dnia była impreza w klubie, gdzie dojechaliśmy autokarem.

piątek, 13 kwietnia 2012

Dzień 74, 13.04.2012, Piątek

O 10 poszliśmy na uczelnię oddać sprawozdanie z laboratorium. Zapomniałem wypełnić jednej kolumny w wynikami doświadczeń,więc zastanawiam się czy nie będzie problemów żadnych :D Co prawda wyników mieliśmy aż 2 z 5 bo na laborce próbki były źle przygotowane i nie zrobiliśmy wszystkich doświadczeń, a wydruki z maszyny rozciągającej dostaliśmy od prowadzącego.
Potem pojechaliśmy znów do Hierapolis i Pamukkale. Pierwszy plan był taki, aby jechać na weekend nad morze ale pogoda miała się zepsuć już po piątku więc zmieniliśmy ten plan. Pieniędzy praktycznie starczyło mi tylko na przejazd w obie strony. Zostały mi tylko chyba z 2 TL.
Podczas wędrówki przez Hierapolis odwiedziliśmy miejsca, które pominęliśmy wcześniej. Na trzaskałem kilka fotek nowych oraz mam jeszcze te które robił Krzysiek.
Na Pamukkale także poszliśmy na początek z innej strony. Naszym oczom ukazała się wspaniała panorama wapiennych tarasów. Coraz większy obszar jest już zalany przez wodę przez co wygląda to majestatycznie.
Słońce przygrzewało jeszcze mocniej, niż poprzedniego razu. Skóra przez cały dzień bardzo się spiekła. Na szczęście plecak nosiłem w ręce  a nie na ramionach jak co niektórzy. Dzięki temu mam w miarę równo spalone plecy i ramiona - a nie opaleniznę w kształcie plecaka.

Miejscówka na której leżeliśmy ostatnio była dziś już zalana przez wodę, więc musieliśmy położyć się trochę dalej. Po drodze do tego miejsca był wodospadzik, którego także nie było wcześniej. Na trzaskaliśmy przy nim fotek i poprosiliśmy Chińczyka, żeby zrobił nam grupowe zdjęcie, bo i tak nam robił fotki - ale ze swojego aparatu :D.
Wieczorem jak wracaliśmy już do domu - weszliśmy do apteki po jakiś krem na oparzenia słoneczne. Po kilku minutach tłumaczenia co chcemy - jakby tego było pokazywałem kolesiowi tubkę kremu na półce i nadal nie wiedział o co chodzi. W końcu przynieśli coś innego. Zestaw: krem do opalania plus krem po opalaniu. Wszystko cacy tylko cena była zabójcza - 60TL (Ponad 100zł). Jak to tylko zobaczyłem, odwróciłem się na pięcie i wyszedłem.
W Migrosie kupiłem sobie przynajmniej krem nawilżający (bardzo pomaga), 2 piwa i chleb na kolację.
W domu prysznic, smarowanie, kolacja - cały chleb + ser i jajka. Potem do Konakhana po fotki i na film - "Cela 211" - bardzo dobry film.
W nocy zaczęliśmy grać ze współlokatorami w Dungeon Defenders. Tak się wkręciliśmy, że do ponad 4 rano pykaliśmy. Jak zobaczyliśmy, która godzina jest stwierdziliśmy, że czas iść spać.

wtorek, 10 kwietnia 2012

Dzień 71, 10.04.2012, Wtorek, "Akcja czajnik"

O 8 rano musiałem być na uczelni... 9 godzin zajęć - teoretycznie, ponieważ po otwarciu oczu już miałem zamiar nie iść na Energię i Ekonomię, nad tureckim się jeszcze zastanawiałem. Tak więc 4 zajęcia spędziłem na uczelni bo w końcu zdecydowałem się iść na turecki - pierwszy raz od miesiąca. Chyba więcej tam nie pójdę bo koleś uczy w taki sposób i takich pierdół, że mam dość po kilku minutach.
Obiad na stołówce był wyjątkowo okropny, ale zapchałem się chlebem jak zawsze to na pół dnia wystarczyło. W sumie to wieczorem obiadu nie robiliśmy, nawet kolacji nie jadłem konkretnej. Jakoś nie chciało mi się jeść.
Przed 19 - może kilka minut po wpadł do nas Volkan, bo pisałem do niego w sprawie czajników, które chciałem zwrócić bo woda zagotowana w nich smakuje strasznie. Ma metaliczny posmak oraz robi się bardzo mętna.
Volkan zaproponował, aby je jeszcze przetestować, bo nie dowierzał mi. Pokazał mi przy okazji jak poprawnie zaparzać turecką herbatę, sposób który znalazłem w necie okazał się zły :D
Herbata smakowała dużo lepiej - bo ta którą mam powinna być mieszana z innym gatunkiem, a nie parzona samodzielnie - ale i tak smakowała metalowo.
Przy okazji pokazał nam strony firm autobusowych, na których można kupić bilety na autokar, bo planujemy kilka podróży w najbliższym czasie.

Po godzinie 20 zebraliśmy się i poszliśmy do sklepu gdzie kupiłem czajniki. Wcześniej umyłem je i wytarłem. Ścierka okazała się wilgotna i dość mocno śmierdziała, i przez to czajniki w środku też zaśmierdły. Wynikła z tego śmieszna sytuacja.
W sklepie Volkan powiedział, że chcę zwrócić czajniczki ponieważ woda ma posmak metaliczny - przynajmniej tyle zrozumiałem - (pewnie coś jeszcze naopowiadał). W sklepie było 3 kolesi i zaczęli oglądać je i dyskutować z Volkanem na ten temat. Potem skądś przyszedł kolejny i wąchają w środku - a że wytarłem je śmierdzącą ścierką strasznie waliło ze środka.
Zastanawiali się co może być nie tak, a ja ledwie się powstrzymywałem od śmiechu, żeby głupio nie wyglądało. Volkan się zapytał czy nie gotowałem w środku jakichś jajek albo kartofli - ja na to, że nie, że tylko wodę.
Po kilku minutach przyszedł jakiś gostek kupić chochlę i on też zaczął obwąchiwać czajniczki. W sumie 5 osób plus Volkan dyskutowali. Właściciel sklepu zadzwonił do swojego dostawcy, od którego kupił ten towar, żeby wyjaśnić. W sumie to chyba z 30 min tam spędziliśmy i w końcu stwierdzili, że kasy nie odzyskam, ale mogą mi wymienić na inne. Wybrali inny zestaw - tańszy o 5 TL - i pokazał, że sami używają tego samego zestawu, więc nie powinno być problemu. Zgodziłem się na wymianę i zwrócili mi różnicę tz. 5TL.
Po w sumie ok. 30 min wyszliśmy ze sklepu z nowym zestawem czajniczków. Volkan mi doradził, abym nie używał ich na elektrycznym palniku bo może przez to psuje się smak wody - cholera go tam wie czy to prawda, ale chyba go posłucham. Pod sklepem DiaSA się pożegnaliśmy z Volkanem bo musiał zrobić jakiś projekt na zajęcia i nie mógł zostać z nami dłużej.
Kupiłem sobie piwo i poszliśmy do domu pograć w Dungeon Defenders - od 2 dni Mateusz próbował to ściągnąć i w końcu się udało. Musze jednak zrezygnować z Windows 8 bo za bardzo obciąża mojego Dzwoneczka. Podczas grania tak się rozgrzał, że aż się wyłączył... A godzinę później odpadła śrubka niedaleko baterii.... A nie odkręcałem żadnej, takie przegrzanie jest zbyt poważne, żeby to tak zostawić.
Do 1 w nocy oglądałem z Tomkiem "Psycho" A. Hitchcock'a, fajnie zasnąłem szybko bo byłem nieźle zmęczony po całym dniu.

niedziela, 8 kwietnia 2012

Dzień 69, 08.04.2012, Niedziela

Już minął półmetek. Pół semestru za nami, pogoda zaczyna coraz bardziej dawać się we znaki. Skóra spalona słońcem w Pamukkale, więc nie ruszam się z domu w czasie dnia ponieważ za gorąco.
Wielka niedziela więc na śniadanie zjedliśmy jajka na twardo, gotowane z łupinami z cebuli.
Niemalże cały dzień spędziłem na walce z połączeniem internetowym. Walka okazała się bezsensowna ponieważ karta sieciowa w laptopie postanowiła się wypiąć dupą do mnie i nie chce utrzymać połączenia dłużej niż kilka sekund.
Próbowałem ściągnąć sterowniki do karty graficznej ponieważ niemiłosiernie się grzeje od kiedy zainstalowałem Windows 8. Dodatkowo bateria trzyma połowę krócej niż na Windows 7 co jest spowodowane niedziałającym sterownikiem kart graficznych... Rozwiązanie tych problemów to przynajmniej jakieś zajęcie na kilka chwil, pod warunkiem, że miałbym Internet...
Po godzinie 18 wybierałem się do sklepu po chleb i wodę, i  przy okazji oddać dysk twardy koledze. Współlokator zabrał się ze mną. Po drodze pomyślałem, że może kupię sobie kartę sieciową na USB - taką samą jaką On kupił 3 dni wcześniej, ponieważ On ma ciągle Internet a ja nie...
Poszliśmy więc do Forum Çiamlık ją kupić. Przy okazji pooglądaliśmy filmiki 3D i pobawiłem się PSVita. Dzięki temu mam w końcu dostęp do Internetu.
W drodze powrotnej w DiaSA kupiliśmy wieszaczki w kształcie serduszek i tarkę. Dzięki temu będzie gdzie wieszać szmatki do naczyń i wreszcie zrobimy coś z tym suchym chlebem, który zalega w szafie. Bułka tarta wychodzi z wielkimi grudami źle startego chleba, ale w tym momencie do akcji wkracza drewniany moździerz, w którym uzyskuję idealnie rozdrobniony proszek. Zaoszczędzimy na bułce tartej do kotletów itp.
Na kolację zjedliśmy jajecznicę.

piątek, 6 kwietnia 2012

Dzień 67, 06.04.2012, Piątek "Od Hierapolis aż po Pamukkale"

Na piątek były plany aby jechać na Pamukkale jeśli będzie taka pogoda jaką podają prognozy. Wstałem około 10, wykąpałem się i mokry jeszcze poleciałem do sklepu po chleb i pepsi na drogę. Zrobiłem tosty, ubrałem się, spakowałem picie i jedzenie do plecaka, do potfela wsadziłem zdjęcie paszportowe no i wziąłem paszport także. Po tym wyszliśmy na Dolmusa. Długo nie czekaliśmy i zjawił się, wsiedliśmy i pojechaliśmy pod dworzec kolejowy. Tam poszliśmy na kolejnego busika, (droższego) kierowcy stali na postoju i nawoływali „Pamukkale” podeszliśmy i pytamy czy na Hierapolis jedzie, jechał więc zabraliśmy się z nim.

Przed 12 byliśmy na miejscu, a słońce już pięknie prażyło wszystko wokół. Przed bramkami prowadzącymi do ruin znajdują się sklepiki z pamiątkami. Kupilem kilka pocztówek. Przy bramkach wyrobiliśmy sobie karty muzealne, które pozwalają na darmowy wstęp do wszelkich muzeów, ruin i tym podobnych miejsc. Kosztowało nas to 10TL, a oszczędzimy ogromne ilości pieniędzy. Zdjęcie w tej karcie jest straszne, ponieważ zeskanowali legitymacje studenckie i wycięli zdjęcie z kawałkiem tła legitki i wkleili do karty muzealnej.
Przeszliśmy przez bramkę i machnęlismy sobie zdjęcie grupowe na tle grobów, tz jakiś koleś nam machnął tą fotę na tle grobów.
Hierapolis jest starożytnym uzdrowiskiem gdzie Rzymianie, a później Bizantyjczycy przybywali się leczyć. Nie wszystkim udawało się uleczyć przez co na obrzeżach znajduje się wielka nekropolia, która jest pierwszym miejscem, które zwiedziliśmy. Ogromna ilość grobów, grobowców i sarkofagów. Poza tym, w Hierapolis znajduje się amfiteatr, łaźnie, agora, chrześcijańska katedra. 
Pogoda dopisała niemiłosiernie. Słońce grzało tak mocno, że calutki czas bez koszulki chodziłem, a i bandana okazała się niezwykle przydatna. Ponad pół dnia spędziliśmy w hierapolis, a i tak nie zobaczyliśmy wszystkiego.

Potem poszliśmy zobaczyć Starożytny Basen, w którym woda ma specjalny odczyn i skład (nie sfotografowałem tego bo już baterie były padnięte...) Tam poszliśmy tylko do toalety, bo wejście do basenu kosztuje zaledwie 30TL. Gdy wychodziliśmy kupiłem pocztówkę 3D. Następnym punktem wycieczki było muzeum (bilet wstępu 3TL, ale dla nas za darmo). Gdy pokazałem swoją kartę muzealną kasjer przeczytał moje imię i się szeroko uśmiechnął (ponieważ w Turcji też mają imię Kamil i wszyscy, których poznaję mi to mówią). W muzeum były monety, rzeźby, sarkofagi, sprzęty codziennego użytku itp.
Obok muzeum jest sklepik, w którym zmuszeni byliśmy kupić baterie za 12TL... Poza tym kupiłem bransoletki ze Złym Okiem na prezenty.

Ostatecznie trafiliśmy na wapienne tarasy z których Pamukkale jest znane. Wstęp na nie jest dozwolony jedynie na bosaka, więc buty spakowaliśmy do plecaków i weszliśmy. Poprosiliśmy 2 starsze panie, żeby zrobiły nam fotkę. Chwilę później kilkanaście metrów dalej one nas poprosiły o zrobienie im zdjęcia.

Jak na razie to tylko część tarasów była zalana wodą, reszta jest zalewana na sezon turystyczny. To co tam dziś zobaczyłem i tak już było bardzo malownicze. Skały wapienne wyrzeźbione przez wodę. Jeszcze będziemy musieli tam wrócić w przyszłości.
Dla turystów otwarty był tylko malutki skrawek tarasów, dlatego pochodziliśmy i popluskaliśmy się w wodzie tam gdzie się dało. Potem położyliśmy się na wapnie i opalaliśmy się - mimo tego, że słońce już zdążyło nas nieźle spiec.
Podczas opalania wpadli na nas dwaj goście z Nanotechnologii, który są z nami na Erazmusie. Przyjechali tu od razu po laborce. Ominęli muzeum, więc musieli się wracać, żeby je zwiedzić.
Przed 18 zebraliśmy się na busa. Po drodze byliśmy "atakowani" przez sklepikarzy, restauratorów i hotelarzy. Kiedyś mnie to czasem denerwowało, a nawet przerażało. Teraz już jestem przyzwyczajony.

Po obiedzie-kolacji poszedłem z 2 kumplami na Lahmajun'a oraz na dobry-szybki internet, ponieważ ostatnio w Univcity strasznie szarpie łącze przez co praktycznie nie mam internetu.... Przed tym zaszliśmy do sklepu w poszukiwaniu jakiegoś kremu na poparzenia słoneczne.. W tym kraju cholernie ciężko znaleźć coś takiego, co może być niewygodne.
Po zjedzeniu Lahmajuna siedzieliśmy prawie do północy. Myśleliśmy, że już nas chcą wyrzucać stamtąd, bo koleś, który zbierał talerze ze stołu przy którym siedzieliśmy miał taką minę jakby miał nas dość. Ale gdy płaciliśmy uśmiechali się nadal do nas.

sobota, 10 marca 2012

Dzień 40, 10.03.2012, Sobota

!! Dziś opublikowałem też wpisy za 2 poprzednie dni !!
W końcu sobota, doczekałem się.
Punkt 12 wyruszyliśmy z domu do Konakhana po resztę, ponieważ celem dzisiejszej wyprawy był bazar koło centrum, który jest otwarty cały tydzień.
Dolmuşem zajechaliśmy pod duży meczet - nasz punkt orientacyjny wg którego mieliśmy iść. Na początku poszliśmy w całkiem przeciwnym kierunku i po jakimś czasie szukania zapytałem przechodniów o to gdzie bazar jest. Zrządzeniem losu trafiłem na gościa władającym językiem angielskim. Wskazał nam kierunek, w którym powinniśmy się udać i dzięki niemu trafiliśmy na miejsce.
Bazar ogromny. Dużo rzeczy mnie zainteresowało. Masa bardzo dobrych podróbek ciuchów, butów itp. Walizki na kółkach po 20 TL. Przez prawie 3 godziny chodzenia nie zobaczyliśmy wszystkiego, ale i tak nie raz tam wrócimy.
W sumie było nas 8 osób. Co niektórzy szybko zaczęli marudzić na temat chodzenia po sklepach i stoiskach, więc się rozdzieliliśmy na 2 czwórki i tamci pojechali do domu. My obeszliśmy możliwie jak najdokładniej większość uliczek. W jednym sklepiku z ziołami i kadzidłami sprzedawca mówił po polsku co nas miło zdziwiło.
Bardzo podoba mi się zestaw dwóch czajników do parzenia herbaty. Już się rozglądam za nimi i wypytuję o ceny (15-25TL znalazłem). Dodatkowo strasznie podobają mi się wszelkie wisiorki z Okiem Proroka, już zakupiłem jedną zawieszkę na ścianę z tym amuletem w przytulnym sklepiku, w którym było ich od groma.
W sumie to tylko to kupiłem tego dnia. Jak wracaliśmy z bazaru to mijały nas 2 motocykle policyjne. Dalej koło meczetu stały te dwa + kolejne 2 z ośmioma policjantami, w odległości 20 metrów od nich, przed bankiem stało ich z 20 uzbrojonych w tarcze, kaski i pały. Szybko się zmyliśmy w razie czego, żeby nie mieć problemu.
Złapaliśmy dolmuşa i wróciliśmy w pobliże uczelni, żeby iść zjeść Pide w "pierdolniku" - knajpka, która w środku wygląda strasznie. Przez środek sali nad głowami puszona jest rura komina, w toalecie strach się złapać czegoś, ale Pidy pyszne i tanie serwują, no i nie ma sraczki po tym więc jest dobrze.
Po zjedzeniu i wypiciu herbatki poszliśmy do Pekdemir'u po oglądać co tam sprzedają ciekawego. Przez miesiąc nie znaliśmy tego sklepu, a dużo tanich rzeczy. Potem poszliśmy do domu.
W domu napiłem się, rzuciłem do szuflady Oko Proroka i poszedłem znów na bazar koło forum Çamlık. Tam kupiłem pomarańcze, jabłka, cedzak i zmywaki. Wieczorem zrobiliśmy sobie mocnej herbatki i potem poszliśmy do Konakhana posiedzieć.

piątek, 9 marca 2012

Dzień 39, 09.03.2012, Piątek "Carefour część druga"

Około 12 wyszliśmy z domu, żeby iść na uczelnię na obiadek. Obiad był średnio zjadliwy. O zupie nie ma co wspominać. Poza tym dali udko z chyba kurczaka i ryż. Do tego dużo chleba wziąłem, dzięki czemu nawet się najadłem.
Po obiedzie wsiedliśmy w autobus do TerasParku gdzie znajduje się Carefour. W zwykłym autobusie bilet także kosztuje 1,25TL, więc jest bardzo fajnie. Obok poligonu wojskowego jechaliśmy ponad  5 minut, więc jakbyśmy wtedy szli pieszo tą drogą to zajęło by nam to z 30 min. A w tym czasie spotkalibyśmy policję niemalże na pewno.
TerasPark jest ogromy, prawie jak Silesia City Center. W Carefourze w sumie nie było nic ciekawego. Większość rzeczy było droższe niż w naszych sklepikach... Jednakże znaleźliśmy tam tańsze czepki na basen, które potrzebujemy na następne zajęcia z WFu. Poza tym kupiłem butelke herbaty bo mnie suszyło.
Pochodziliśmy po całym centrum handlowym; sklepy mało interesujące były. Weszliśmy na samą górę na taras widokowy. Niestety drzwi do tarasu były zamknięte ;/ a przed drzwiami była taka hica, że ledwie tam 3 minuty wytrzymałem.
Na dolnych piętrach znaleźliśmy stoisko z XBoxem360 + Kinect. Pograliśmy 10 min i zmachaliśmy się niemiłosiernie.
Nieco dalej było kino 6D. Bilet za 7,50TL, to czemu by nie skorzystać? Wzięliśmy film o dinozaurach. Okulary 3D, fotele na urządzeniu, które się rusza, spryskiwacze z wodą i gumowa rurka pod nogami ze sprężonym powietrzem. Film okazał się być ekstremalnym symulatorem kolejki górskiej. Jazda po ciasnej jaskini, obijanie się o ściany, jazda po lawie, prawie pionowe zjazdy w dół. Żołądek podchodził pod gardło a ręce padały ze zmęczenia od trzymania się rurki, żeby nie wypaść. Na koniec ucieczka przed T-Rexem. Dobrze, że jedliśmy kilka godzin temu.
Powrót do domu można by było porównać do kolejki górskiej. Drogi są często pofałdowane z dużymi progami zwalniającymi przez co pojazd skacze ciągle. Kierowca jedzie bardzo szybko i ostro w zakręty wchodzi ogólnie wypas. Jak wjechał w jakieś zadupia gdzie uliczka jest szerokość takiej, że ledwie mieści się ten bus, do tego bardzo kręta i nierówna ulica. Jeśli dołożyć do tego dużą prędkość i jazdę w dół daje to efekt bardzo porównywalny do kolejki górskiej. Trochę zobaczyliśmy miasta z busa na jego trasie i wróciliśmy do domu.

czwartek, 8 marca 2012

Dzień 38, 08.03.2012, Czwartek, "Jeden wielki burdel"

Przed 12 wyszliśmy z domu, żeby zjeść obiadek w stołówce uczelnianej. Około 12,20 już staliśmy w kolejce do bramki, żeby odebrać swoją porcję. Dziś był całkiem zjadliwy. Zupa jak zawsze bez smaku (zazwyczaj jest to woda po gotowaniu ryżu, bądź makaronu), ryż i tak jakby gulasz, na deser jabłko. Porcje są tak małe, że nie da rady się najeść, ale chleb jest za darmo więc zawsze ładujemy całą tacę. Ludzie się dziwnie patrzą ale srał ich pies :d
Po obiedzie do WFu zostało prawie 1,5 godziny. Spędziliśmy je przed ośrodkiem sportowym. Na początku na  trawniku rozwaleni w słońcu. Prawie zasnąłem, ale słyszałem jak nas obgadują turki, a nawet 2 afroamerykanów.

Gdy znudziło się leżenie poszukaliśmy reszty. Kilka osób znaleźliśmy przy jeziorku. Fajne przedstawienie było. Laska karmiła kaczki, a one jak szalone walczyły o chleb. W oddali 2 inne toczyły regularną bitwę ze sobą - goniły się prawie po całym jeziorku.
Na WFie znów było daremnie... Gry zespołowe... Na początku coś na wzór głupiego jasia tylko, że osoby rzucające piłkę po rzucie przechodzą o jeden w prawo tak, że ciągle rzucają nad inna osobą.
Następne ćwiczenie to podrzucanie piłki w cztery osoby na kwadratowym kawałku płótna.
Ostatnie ćwiczenie to taka jakby koszykówka małą piłką gumową. Z piłką nie wolno było zrobić nawet jednego kroku. To było znośne.

Po zajęciach dowiedzieliśmy się, że macierzysta uczelnia nie zaliczy nam semestru z tymi przedmiotami, które mamy aktualnie. Pammukale Universitesi zmieniło nam Mechanike Materiałową na Dynamikę oraz odmówiła nam uczenia nas j. Angielskiego bo skoro jesteśmy na Erazmusie to powinniśmy już umieć ten język w bardzo dobrym stopniu. I nie obchodzi ich to, że mamy ten przedmiot w Learning Agreement.
Teraz będzie trzeba to załatwiać... Zobaczymy co z tego wyjdzie.

poniedziałek, 5 marca 2012

Dzień 35, 05.03.2012, Poniedziałek, "Owce i szalona betoniarka"

Początek dnia nudny. Po obiedzie padła propozycja by wybrać się nad jeziorko, które jest zbiornikiem retencyjnym.
Koło 14 wyruszyliśmy. Pierwsze kilkaset metrów było na oślep, tam gdzie nas nogi poniosły. Potem złapaliśmy wiatr w żagle i zaczęliśmy iść w odpowiednim kierunku. Szybko oddaliliśmy się od naszej okolicy (gdzie są całkiem ładne budynki) i zaczęły się różne zadupia, a potem pola - na polach od cholery kamieni i śmieci.
Każdy miał swoją koncepcję gdzie iść, więc coraz głębiej w coraz gorsze zabudowania wchodziliśmy.
Po lewej wypatrzyłem MM Migros - market który mamy też przy domu - to zaproponowałem piwo. Tylko jeden był chętny to poszedłem z nim, a reszta miała czekać. Po drodze do sklepu powiedział mi, że wg GPS na prawo sprzed Migrosa jest to jeziorko. Gdyby nie moja propozycja to byśmy jeszcze wchodzili w te "slumsy".
W sklepie nie było prawie nikogo. A sam budynek ogromny - z 2 razy większy niż ten niedaleko domu. Przy lodówce z piwami stał koleś, który po kolei brał piwa i trząsł nimi i nasłuchiwał. Cholera wie co robił, ale osoba która kupi te piwa będzie miała niespodziankę. Poza tym nie ma nic ciekawszego niż u nas...
Z MM Migros'a do jeziorka był już rzut beretem. Mijaliśmy jakiś warsztat do którego wjazd był pod takim kątem, że ciężko mogą mieć niektóre auta wjechać, żeby nie zaryć brzuchem.
Żeby dostać się w pobliże wody trzeba było przekroczyć rzeczkę/kanalik po bardzo podniszczonej kładce zrobionej z 3 belek i kilku szczebli. Wytrzymało to coś przeprawę w obie strony więc jest spoko.
W okół wszędzie kamienie, cegły, śmieci, trochę trawy. Ogólnie przyjemnie. Cisza, bo daleko od drogi i mało ludzi. Na drugim brzegu wygląda pięknie. Trzeba będzie się tam wybrać kiedyś i zrobić ognicho albo poopalać się.
Wypiliśmy zakupione piwko siedząc na kamulcach i kontenplując. W czasie gdy tam siedzieliśmy w minaretach muzeini zaczęli nawoływać wiernych na modlitwę. Efekt wyszedł bardzo ciekawy, bo z 3 stron dochodziły nas śpiewy z 3 stron z całkiem dużym opóźnieniem. Fajnie by było położyć się, zamknąć oczy i słuchać tego.
W oddali pasły się owieczki, ale po 30 minutach prawie nas stratowały bo pasterze przenosili stadko w inne miejsce. Zaczęliśmy beczeć do nich i odpowiedziały :D Było kilka młodziutkich.

Jak się zrobiło chłodniej to zebraliśmy się do domu. Po drodze goniła nas szalona betoniarka w bardzo ciasnej uliczce gdzie prawie nie było gdzie się schować. Zaraz po betoniarce nadjechał autobus i też nas gonił.
Wieczorem o 23 wpadł Volkan i pogadaliśmy i napiliśmy się trochę. Wytłumaczył nam jak dotrzeć do tego Carefoura. Wystarczy wejść do busa 34, który zatrzymuje się pod Migrosem i jechać:d  Powiedział też, że na tym poligonie na pewno by nas postrzelili na dzień dobry :D

niedziela, 4 marca 2012

Dzień 34, 04.03.2012, Niedziela, "O pięciu takich co poszli do Carefoura"

Z samego rana o 12 zacząłem robić rosołek słuchając muzyki itp. itd. Wyszedł pyszny.
Po obiadku postanowiliśmy iść do Carefoura zobaczyć co ciekawego i najlepiej taniego tam mają. Droga na mapie była długa i prosta z kilkoma zakrętami. Miała wieść przez jakiś park albo las.
Gdy sobie tak szliśmy (ciągle pod górę, łydki i golenie płoną z zakwaszenia) (cholernie szybkim tempem jak na spacerek) natrafiliśmy na 6-cio pasową drogę zabudowaną betonowymi ścianami i wiodącą pod mostem. Przy wjeździe na nią, zaraz za rondem znajdują się znaki zakazu wstępu dla pieszych, rowerzystów i motorzystów.
Ruch duży, zakaz wstępu, długa droga przed nami.
Najpierw myśleliśmy co by się nie władować na lewy pas i iść pod prąd lub pasem zieleni. Jednakże droga zbyt długa była, co zwiększało szansę spotkania 3 stopnia z policją (znowu), a tym razem raczej nie puścili by nas :D Więc poszliśmy chodnikiem obok betonowej ściany.
Po paru minutach na naszej drodze stanął wysoki płot z drutem kolczastym. Z początku mieliśmy zamiar przecisnąć się miedzy nim a ścianą betonową, ale pomysł porzuciliśmy bo w przypadku niewypału dużo wracania się by było. Poszliśmy wzdłuż płotu, żeby przekonać się jak długi jest. Okazało się, że sięga cholernie daleko. Jakby tego było mało za płotem znajduje się poligon wojskowy ze strażą przy płocie. Jeślibyśmy tam weszli to strażnicy raczej by nas postrzelili, a potem dopiero by zadawali pytania. Taką akcją przebilibyśmy poprzedni rocznik, który barykadował się wUnivCity.
Jako, że nie było sensu tyrać wzdłuż poligonu (strażnik patrzał się spod byka na nas) wróciliśmy do tej drogi i obserwowaliśmy przejeżdżające Dolmuş'e. Niestety nic nie jechało w stronę gdzie chcieliśmy się udać....
Nie było sensu tyle siedzieć, więc porzuciliśmy pomysł z Carefourem i poszliśmy do Parku Çamlık. Było już chłodno, ale nadal przyjemnie, można było w samej bluzie chodzić jeszcze. W głębi parku pięknie przebijało się słońce między listowiem i padało na unosząca się mgiełkę nad ziemią.
Ogólnie to fest fajne miejsce na robienie grilla. Od groma stoi tutaj piknikowych stołów oraz samych grillów murowanych. Problemem będzie skołowanie rusztu, węgielków i mięsiwa (bo drogie).

W Parku Çamlık znajduje się mini zoo. Okazało się, że jest darmowe. Szału nie ma: koza, rotweiler, króliki, kóry, strusie, wielbłąd, kaczki, gęsi, pawie. Młody struś podczas fotografowania załatwił się. A się nieźle zdziwiliśmy, bo robimy fotki, a ten nagle staje prawie na palcach i wyciąga łeb w górę. Myśleliśmy, że coś wypatruje a tu nagle leci mocz i kał. Śmierdziało nieziemsko. Trochę pooglądaliśmy inne zwierzaki i poszliśmy robić placki ziemniaczane.
Placki były wielkim niewypałem, bo na tym cholernym palniku elektrycznym nie można regulować temperatury. Jest praktycznie zero jedynkowy - włącz/wyłącz. Za szybko się przypalały.
Po zjedzeniu udaliśmy się do Konakhana po golarkę i jednego kolesia, który miał nas strzyc. Przyszedł z nami inny ale też nieźle ciął. Gdy czekaliśmy na niego przed blokiem zajrzałem do schowka pod schodami przy wielkiej dziurze przed oknami. Znalazłem tam kafelki, worki z zaprawą oraz cały kibelek z deską. Pewnie się w przyszłości nam przyda.
Strzyżenie odbywało się na 1 piętrze. 4 osoby ścinały włosy. Syf był w calutkim mieszkaniu. Ja przyciąłem tylko boki.

czwartek, 1 marca 2012

Dzień 31, 01.03.2012, Czwartek, Denizli, Turcja

Dzień zaczął przed 8 ponieważ na rano przełożyli zajęcia z wtorku (Analizę Numeryczną) ja jednak spoglądając na budzik ustawiony na drzemkę stwierdziłem, że idę spać dalej. Mateusz i Adrian poszli hardo na wykład i laborkę.
Koło 12 obudziła mnie pracująca gdzieś wiertarka. Myślałem, że mój Dzwoneczek zaczął kręcić płytą w napędzie, ale potem zauważyłem, że jednak jest on wyłączony. Tak więc włączyłem go, odpaliłem muzykę i ogarnąłem trochę mieszkanie po wczorajszym oglądaniu meczu Polski z Portugalią. Pozmywałem naczynia, pozbierałem puszki spod kanapy i ogólnie zewsząd. Trochę śmierdziało piwem rozlanym na podłogę, ale da się wytrzymać.
Przed 14 zebrałem się i wyszedłem na Educational Games. Po drodze spotkałem ludzi z KonakHana co szli do domu. Czekali prawie 2 godziny po Analizie, żeby stwierdzić, że jednak wolą iść do domu 30 min przed WFem. Trochę pogadaliśmy i dołączyli kolejni. Razem udaliśmy się na zajęcia. 
Szefowa trochę się spóźniła, ale co tam. 
Zajęcia były bardzo posrane. Przyszedł szefo całego ośrodka sportowego z dziewczynami (które są wolontariuszkami, które ponoć mają nam pomagać w odnalezieniu się w mieście. Wcześnie nam je przedstawiają po miesiącu gdy już wiemy co gdzie jest i jak kupić. A jakby tego było mało prawie w ogóle po angielsku nie mówią :D)
Ćwiczenia jakie wykonywaliśmy były na poziomie przedszkola. W czasie których robili nam foty i kręcili filmiki.
  • Chodzenie po sali, 
    • na klaśnięcie zmiana sposobu chodzenia, 
    • na dwa klaśnięcia zatrzymanie się
  • Chodzenie po sali,
    • na klaśnięcie zatrzymanie się
    • na kolejne klaśnięcie chodzenie w zwolnionym tempie
  • Chodzenie po sali,
    • na klaśnięcie zatrzymanie się,
    • na kolejne pad na ziemię,
  • Odbicie lustrzane - jedna osoba robi głupie miny i ruchy, a partner powtarza to w taki sposób, żeby wyszło "odbicie w lustrze"
  • Rzeźbienie - dwa kółka po tyle samo osób. Duże kółko na klaśnięcie przechodzi w prawo o 1 miejsce i zmienia położenie jednej kończyny albo całego działa modela w małym kółku.
Po tym szefo poszedł i dziewczyny też, a my rozstawiliśmy trampolinę i materace. Poskakaliśmy chwilę i koniec zajęć. W drodze powrotnej strasznie mnie przewiało, bo czapki zapomniałem i wieczorem się źle czułem... 
Koło 19 moi współlokatorzy poszli na wyprawę w poszukiwaniu taniego dużego wina, które kopie mocno. Udało im się znaleźć i przyszli do nas z 2 osobami wypić 1,5litra na łeb. Wyglądali strasznie pod koniec.
W nocy Mateusz poszedł spać do pokoju i zamknął się na klucz. Zasnął słuchając muzyki z laptopa na pełnej głośności. Do ponad 2 w nocy laptop grał ciągle aż bateria padła. Po tym mogłem iść spać.

wtorek, 28 lutego 2012

Dzień 29, 28.02.2012, Wtorek, Denizli, Turcja


Wtorek zaczął się wcześnie bo o 8,30 byliśmy w International Office. Na miejscu wypełniliśmy brakujący formularz na komputerze w biurze oraz na moim Dzwoneczku (laptopie). Okazuje się, że mam tam dostęp do Internetu. Mogę używać moich danych z Polibudy Śląskiej do logowania się do sieci.

poniedziałek, 27 lutego 2012

Dzień 28, 27.02.2012, Poniedziałek, Denizli, Turcja

Poniedziałek i wtorek upłynęły pod hasłem Policja.
W poniedziałek o godzinie 14 zjawiliśmy się w International Office u Uzman Figen ALTINOĞLU w celu sprawdzenia poprawności i skompletowania dokumentów.
Wydrukowała nam formularze, które wypełnialiśmy dzień wcześniej. Potem pobawiliśmy się w wycinanki i wyklejanie, bo fotograf nie przycina zdjęć i zostawia w cholerę tła na około fotek. Trzeba było je także przykleić do formularza.
Po około godzinie byliśmy gotowi do ruszenia w drogę. Na policję zajechaliśmy busikiem uczelnianym. Jak dla 10ciu osób to bardzo ciasnym. Wjechaliśmy na teren posterunku. Przy bramie strażnicy z karabinami, każdy policjant nawet biurowy ma pistolet przy sobie. Ogólnie fajnie, ale dziwnie się patrzą na nas. W środku wycieczka mała bo chodziliśmy za Figen gdy Ona się dowiadywała gdzie mamy się udać. Petenci też dziwnie się patrzeli.
Gdy dotarliśmy do odpowiedniego pokoiku Figen weszła i gadała tam przez godzinę ponad wypytać się o szczegóły, bo wiele osób nie miało paszportówek tylko legitymacyjne. Koniec końców okazało się, że MUSZĄ być paszportowe i brakowało nam papierka jednego oraz błąd był na jednym.
No to po okolo 3h zmarnowanych w sumie poszliśmy do knajpki na Pide.
Knajpka wygląda w środku strasznie :D Obskórna, bo obskórna z wielka rurą z piecyka puszczoną przez całe pomieszczenie ale ceny niskie i duże porcje. Nie zatrułem się więc jest fajnie.

czwartek, 23 lutego 2012

poniedziałek, 20 lutego 2012

Dzień 21, 20.02.2012, Poniedziałek, Denizli, Turcja

Obudzony zostałem przez dzwonek do drzwi. Jednakże wstałem po 5 minutach bo drzwi otworzył Adrian. Gdy wygramoliłem się z łóżka i ubrałem się, bo słyszałem, że jakieś turki przyszły, wyszedłem z sypialni. W kuchnio-salonie zobaczyłem znajomego Pana z serwisu Arcelik i Beko z jakimś nowym pomagierem.

piątek, 17 lutego 2012

Dzień 18, 17.02.2012, Piątek Denizli, Turcja

Piątek! Wieczorem mieliśmy iść do klubu o nazwie the Smoke i na to się przygotowywaliśmy mentalnie. Impreza w stylu lat '80 '90. Rozkręcać ją miał Umut Can Akyol - DJ z którym byłem u Maxa w poprzednim tygodniu.

czwartek, 16 lutego 2012

Dzień 17, 16.02.2012, Tłusty Czwartek, Denizli, Turcja

Pobudka bardzo ciężka i bardzo późno. Koło 13 może 14 przyszedł Marek postawić klocka u nas bo wczoraj Tomek zrobił u nich taki rozpiździel, ze u nich nie dało się korzystać z kibelka.

wtorek, 14 lutego 2012

Dzień 15, 14.02.2012, Wtorek, Denizli, Turcja

Pierwszy dzień zajęć. Pobudka była straszna o nieludzkiej godzinie. Już nie pamiętam ktora to była bo obudziłem się  dopiero na uczelni.

niedziela, 12 lutego 2012

Dzień 13, 12.02.2012, Niedziela, Denizli, Turcja

Jedyną atrakcją dnia był wypad do Forum Çamlık na zakupy. Kupiłem sobie fajną koszulę z przeceny za 19,90 TL i wyrzuciłem 22TL w błoto na 2 filmy na VCD z tureckim dubbingiem (Piraci z Karaibów na nieznanych wodach oraz Tron) bo myślałem, że to ścieżki dźwiękowe. Bardzo byłem po tym wkurzony, ale srał to pies. Zmontuję sobie do tego napisy i dam radę obejrzeć. No i będą fajne pozycje do kolekcji filmowej, zwłaszcza Piraci.

sobota, 11 lutego 2012

Dzień 12, 11.02.2012, Sobota, Denizli-Góra Zajebiście Wykurwiście, Turcja

Pobudka cholernie wcześnie bo o 9.00 ponieważ na 10 był plan iść w góry. Szybkie śniadanie - Tortille, których już nie ruszę nigdy o takiej godzinie ponieważ za ciężkie to jest o tak wczesnej porze...

piątek, 10 lutego 2012

Dzień 11, 10.02.2012, Piątek, Denizli, Turcja

Na obiad jajecznica. Po obiedzie odpaliliśmy pralkę z białymi ciuchami (albo za mało proszku albo za niska temperatura bo koszulki się nie wyprały prawie w ogóle...).

czwartek, 9 lutego 2012

Dzień 10, 9.02.2012, Czwartek, Denizli, Turcja

Dzień nudny. Rozpoczął się o 15,30 i ograniczył się jedynie do leczenia kaca po wczorajszej imprezie. Na obiadek Mateusz machnął gulasz z piersi kurczaka i kartofle. Przez cały dzień nic twórczego nie zrobiliśmy poza obejrzeniem anime.
Wieczór był straszny bo kac się odezwał ponownie i chyba się struliśmy wodą albo niedogotowanymi kartoflami. Struty ze złym ogólnym samopoczuciem poszedłem spać wyjątkowo wcześnie bo około godziny 00.

środa, 8 lutego 2012

Dzień 9, 8.02.2012, Środa, Denizli, Turcja

Poranek był bardzo ciężki dla mnie ponieważ dzień wcześniej poszedłem spać bardzo wcześnie tj. kolo 5 rano a pobudka była bardzo wczesna bo przed 10 ponieważ na 10 już na uczelni mieliśmy ponoć być.

wtorek, 7 lutego 2012

Dzień 8, 7.02.2012, Wtorek, Denizli, Turcja

Pobudka o godzinie 10,20 szybki prysznic i jazda na uczelnie do rektoratu, czy co to za budynek. Mieliśmy być o 10,45 pod MiGrosem i tam się spotkać z resztą erazmusów z drugiego budynku. Jednakże troszkę za  późno wyszliśmy i oni już sobie poszli na uczelnię. To udaliśmy się tam sami. Po drodze znaleźlismy punkt ksero gdzie skopiowaliśmy swoje paszporty. Około 10 kurus za 1 kopię.

poniedziałek, 6 lutego 2012

Dzień 7, 6.02.2012, Poniedziałek, Denizli, Turcja

 Pobudka wcześnie ze świtem po godzinie 13. Lekkie śniadannko z bułeczki razem z pomidorem i masłem czekoladowym. Trochę nudnego siedzenia i wyprawa do sklepu po składniki na obiad. Wybór padł na spagetti  z makaronem świderkami.
Pięć osób do roboty to poszło bardzo szybko  bo każdy jakieś konkretne zajęcie miał. Gotowanie skończyło się po 17-18. To juz była prawie kolacja, ale potem jeszcze później były Tortille. Paweł wysępił porcję za darmo i nawet nie chciał pozmywać, to dostał zjebę od wszystkich.

niedziela, 5 lutego 2012

Dzień 6, 5.02.2012, Niedziela, Denizli, Turcja

Dzień zaczął się wyjątkowo wcześnie - 10 ponieważ dzień wcześniej umówiłem się na wypad w góry o 11, ale stwierdziłem, że jestem zbyt zmęczony po wczorajszym. Odbyło się wielkie sprzątanie w mieszkanku i mamy już czyste szafki i mieliśmy czyste naczynia.

sobota, 4 lutego 2012

Dzień 5, 4.02.2012, Sobota, Denizli, Turcja

Poranek i wczesne popołudnie było raczej nudne i zwyczajne. Pobudka bardzo późna, lekkie śniadanie bo nic nie było. Można powiedzieć, że śniadania nie było praktycznie w ogóle. Około godziny 14 wyruszyliśmy pochodzić po mieście. Na początku poszliśmy do knajpki z kebapem, w którym mięcho było pieczone na drewienkach a nie na gazie jak w innych knajpach. Cena jednak była zbyt wysoka (8 TL za 100g mięsa w kebapie) jak podziękowaliśmy i chcieliśmy iść to szybko opuścił cenę o 1 TL w dół. I tak za drogo, ale być może kiedyś się tam przejdę spróbować tego mięska na drewienkach.

piątek, 3 lutego 2012

Dzień 4, 3.02.2012, Piątek, Denizli, Turcja

Dzionek zaczął się niemalże razem ze świtem (13:15). Gdy otworzyłem jedno oko, dowiedziałem się, że zbierana jest drużyna do wyprawy do okolicznych marketów w celu pozyskania czegoś do zjedzenia. W ciągu 3-4 minut byłem gotowy do drogi.

czwartek, 2 lutego 2012

Dzień 3, 02.02.2012, Czwartek, Denizli, Turcja

Po godzinie 10 zebrałem się do domu. Max spał, był wręcz nieprzytomny gdy go obudziłem i pytałem o drogę powrotną. Droga wydawała się spoko (prawo, prawo, lewo, prawo) więc ruszyłem na wyprawę do UnivCity – apartamentowca.

środa, 1 lutego 2012

Dzień 2, 01.02.2012, Środa, Denizli, Turcja

Po okolo 6 godzinach snu zostałem brutalnie obudzony z samego rana (po 13) przez kumpla z innego mieszkania, który już był wstawiony. Zaproponował wyprawę w poszukiwaniu sklepów. To się ogarnąłem, zjadłem zupkę i poszedłem do niego po czym wyruszyliśmy w drogę. Zaraz koło budynku w którym mieszkamy mamy sklep z materiałami budowlanymi ale to nas nie urządza za bardzo (ale warto wiedzieć :D).