Turcja
Reklama
sobota, 9 czerwca 2012
Dzień 131, 9.06.2012, Sobota, "Autostopem przez galak... Turcję"
Po zjedzeniu śniadania (wyjątkowo bo wiedziałem, że następny posiłek będzie bardzo późno) opuściliśmy mieszkanie. Trzeba było jeszcze kupić serek topiony i wodę w Bim'ie. Potem poszliśmy na drogę wylotową z Denizli, na miejscu byliśmy kilka minut po 10. Jechaliśmy we czterech. Ja i Adrian, drugą parą byli Mateusz i Łukasz.
Jako pierwszy ja łapałem okazję. O 10:20 zatrzymał się TIR z wyładowaną paką. Jechał do Acipayam - tam gdzie się mieliśmy kierować na początek, ale puściliśmy go ponieważ po drodze dużo górek jest i wlókł by się niemiłosiernie.
O 10:36 zatrzymał się samochód dostawczy. Także zmierzał do Acipayam. Z nim się zabraliśmy. Kierowca był bardzo sympatyczny. Pytał się gdzie jedziemy. My na to, że do Demre. Chciał nam powiedzieć, że to miasto świętego Mikołaja, ale wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy o co mu dokładnie chodzi. Po 50 minutach dotarliśmy do Acipayam (55km przejechane, jeszcze tylko 281). Długo nie czekaliśmy w tym mieście bo o 11:34 już jechaliśmy kolejnym dostawczym.

Praktycznie od razu po zabraniu nas zatrzymał się przy sklepie i kupił wodę mineralną. I polał nam do kubeczków. Zimna woda, pyszna w taką pogodę. Chwilę potem był kolejny postój na stacji benzynowej. Tylko pogadał tam przez telefon. Za każdym razem zostawiał klucz w stacyjce.
Po 30 min jazdy zjechaliśmy na kolejną stację benzynową. Nie tak normalnie jak każdy, tylko wbijając na jezdnię o przeciwnym kierunku ruchu pod prąd i przejeżdżając tak 200m. Na stacji spędziliśmy 20 min popijając herbatkę. Pan kierowca zatankował tylko 150l paliwa. Fajny pies pilnował wejścia do sklepu.

O 12:28 ruszyliśmy dalej. Gostek poczęstował nas pomarańczkami i paluszkami. Gdy obierałem pomarańczkę nie wiedziałem gdzie wywalać łupiny, więc rzucałem za okno patrząc czy nie ma nic przeciw temu. Sam potem wywalał wszystko za okno.
O 13:09 dotarliśmy do Söğüt. Rozstaliśmy się z kierowcą ponieważ On jechał na Antalyę, a my kierowaliśmy się na Fethiye. Jedziemy już 3 godziny, a zostało nam tylko 225km. Mieliśmy całkiem dobry dzień, bo po ledwie 15 min stania w pełnym słońcu zatrzymał się Renault Fluence z klimatyzacją. Średnia prędkość jazdy ~110km/h. Po 10 min postój przy restauracji na kibelek i kierowca kupił nam po batoniku i 0,5l zimnej wody. Zapierdzielaliśmy bardzo ładnie i szybko nadszedł czas rozstania z klimą. O 14:24 musieliśmy wysiąść i iść na zjazd na Kaş. Przeszliśmy kawałek, żeby stanąć w cieniu. Kolejną okazję łapaliśmy przy cmentarzu. Mieliśmy możliwość zrobienia sobie kilku zdjęć, bo praktycznie nie było ruchu. Zawsze wysiadaliśmy na kompletnych zadupiach gdzie prawie nic nie jeździ...

Pomimo cienia ciężko było wytrzymać. Staliśmy 16 min i trafiła się okazja, ale tylko na około 10km. Po 17 minutach zatrzymał się Volkswagen z klimą i zabrał nas na ~30km i w ten sposób o 15:16 znów byliśmy na drodze. Żeby dotrzeć do cienia przeszliśmy z pół kilometra i na zmianę wychodziliśmy na ulicę, bo cień był na poboczu kilka metrów. Po kilku zmianach trafił się jeden samochód z 3 kolesiami, ale nie zabrali nas bo jechali do Kalkan. A o 15:33 gdy stałem i machałem ręką zatrzymała się para. Zatrzymała to mało powiedziane, aż się cofnęli samochodem, żeby zapytać gdzie jedziemy. Pewnie dziewczyna namówiła kolesia, żeby nas zabrał.
Oni także jechali tylko do Kalkan, ale zgodzili się nas zabrać i tak znów przybliżyliśmy się do celu. Już tylko 69km.
W Kalkan był nasz najdłuższy pobyt... Próbowaliśmy coś złapać aż ponad pół godziny przeszliśmy ładny dystans wzdłuż drogi próbując coś złapać, ale ciężko było... W naszym kierunku prawie nic nie jechało, a w przeciwnym ciągle był ruch. No i jeszcze te słońce i brak jakiegokolwiek cienia.

Zrobiliśmy kilka fotek, bo już na wybrzeżu byliśmy i dzielnie maszerowaliśmy oczekując na zbawiciela, który pojawił się w czarnym Suzuki. Turek urodzony w Niemczech. Akurat jechał do Antalyi, czym nas uratował od ponownego stania przy drodze, bo zawiózł nas idealnie do Demre.
Po drodze widoki były magiczne. Całą pozostałą drogę jechaliśmy wzdłuż wybrzeża serpentynami górskimi. Jeden postój był przy plaży.

O 17:15 wyszliśmy na 2 końcu Demre - trudno, że planowaliśmy rozłożyć się na przeciwnym końcu miasta, ale umówionym miejscem spotkania była rzeka na tym końcu miasta. Na początku nie byliśmy pewni co robić czy czekać przy drodze czy iść na plażę gdzie rzeczka uchodziła do morza. Rozejrzeliśmy się w okolicy. Zadupie totalne. Psy nas prawie zagryzły dupami. Znaleźliśmy wątpliwą ścieżkę wzdłuż rzeki. Po minięciu kilku cieplarni, psów i stada owiec dotarliśmy do kamienistej plaży. W oddali zauważyliśmy kogoś leżącego na kocu. Obok niego leżała czarna torba i czerwony plecak - takie jakie mieli Mateusz i Łukasz. Udaliśmy się więc w tym kierunku i okazało się, że to oni. Cel osiągnięty. Obie ekipy dotarły na miejsce całe i zdrowe!
Zamoczyłem sobie nogi w wodzie - musiałem iść w japonkach bo dużo butelek ktoś potłukł... Woda była genialna na stopy po podróży. Na plaży znalazłem sobie 2 kamyczki, którymi mogę kręcić w ręce - bardzo rozluźnia i uspokaja.
Obaj się spakowali i wyruszyliśmy na druga plażę. Trzeba było dymać przez calutkie miasto - kompletne zadupie, kilka sklepów przy głównej drodze i od groma cieplarni z pomidorami. Po drodze kupiliśmy chleb, napoje i w końcu udało się znaleźć piwo.
Dostaliśmy też pomidory od miłej starszej Pani. Przechodziliśmy koło samochodu ze skrzynkami pomidorów i oglądaliśmy się za nimi bo pasowały by do serka topionego z chlebem. A Pani to widziała i powiedziała, że możemy sobie wziąć kilka, to każdy po 6-7 sztuk zgarnął do torby, podziękowaliśmy i poszliśmy ucieszeni - mimo perspektywy dymania jeszcze 4km w japonkach w 30+ stopniach Celsjusza.
Po drodze przypałętało się kilka psów, ale do końca został tylko jeden. Na plaży rozwaliliśmy się w zagłębieniu daleko od morza, żeby przez noc nikt nas nie widział. Zebraliśmy drzewa i czego się dało do rozpalenia ogniska i zrobiliśmy ognisko, żeby posiedzieć przed spaniem. Okazało się niestety, że kilka metrów od nas jest teren podmokły i roi się od komarów. Musieliśmy się szybko ewakuować od tego miejsca bo siekły niemiłosiernie. Pół roku nie widziałem komara na oczy i jak już zobaczyłem to mam bąbla na bąblu...
Znaleźliśmy inne miejsce gdzie przygotowaliśmy się do spania. A piesek położył się na wydmie i pilnował nas przez noc.
Nie spałem za długo w czasie nocy z powodu namolnych komarów, chociaż byłem owinięty kocem, w dresie, swetrze, czapce zimowej i bandanie na twarzy.
czwartek, 7 czerwca 2012
Dzień 129, 7.06.2012, Czwartek, "Nakarmij Erazmusa"
Dziś odbyła się kolejna przeprowadzka. Tym razem do mieszkania na przeciwko, ponieważ Krzysiek i Sebastian, u których mieszkaliśmy dziś wyjechali do Antalyi. Podczas zbierania swoich maneli odchudziłem torbę o ponad kilogram - wywalając opakowania różne i parę innych rzeczy.
Teraz mieszkam u Łukasza i Mateusza. Od nich wyprowadził się Tomek, który także do Antalyi pojechał - dzięki czemu zwolniło się tu miejsce dla nas. Po ruchach migracyjnych pozbieraliśmy niepotrzebne Krzyśkowi rzeczy - naczynia jedzenie itp. Trochę się tego nazbierało.
Na 19 zrobiłem gulasz z pieczarkami i ryż. W międzyczasie Sylwia poprzynosiła nam trochę jedzenia i rzeczy. Potem poszedłem po mieszkaniach w poszukiwaniu mydła (potem Sylwia nam dała jedno) i mąki do sosu.
Po tych poszukiwaniach nagle wszyscy, którzy się pakowali do wyjazdu (bo cały budynek dziś wyjechał) zaczęli nam znosić garnki, jedzenie, picie i ogólnie wszystko co mieli do oddania. To wszystko przez to, że wypytywaliśmy czy nie mają zbędnego żarcia.
Po trochu przynosili wszystkiego. Teraz mamy tylko 2 kg soli, 3 kg mąki, 4 butelki oleju, w cholerę wody, przypraw, kilka rodzajów płatków, makarony, owoce, jajka. Wszystkiego trochę. Darmowe żarcie, duużo żarcia.
Jakby tego było mało mamy kilka garnków, 4 patelnie, niezliczoną ilość sztućców, talerzy; 3 deski do krojenia, kubki szklanki. Cała kuchnia zawalona gratami.

Po 21 złapałem Arka - naszego doktoranta w jego mieszkaniu. Chciałem się upewnić jak dokładnie wygląda sytuacja z naszymi papierami, które potrzebujemy pobrać z tej uczelni. Nie ma się czym martwić, wyślą je nam pocztą do biura erazmusowego w Gliwicach. Od razu rozejrzałem się co by można było zachachmęcić, w końcu już nic nie potrzebuje. Jak zaczął mi dawać czego nie potrzebuje - co by w innym wypadku wywalił przez okno - to ustawił mi taką kolumnę na rękach, że prawie poleciało wszystko na podłogę i i tak by przez okno poszło potem.
Do samego wyjazdu znosili nam co się dało.
Ostatecznie o 22.15 odjechali autokarem w stronę zachodzącego słońca.
Teraz mieszkam u Łukasza i Mateusza. Od nich wyprowadził się Tomek, który także do Antalyi pojechał - dzięki czemu zwolniło się tu miejsce dla nas. Po ruchach migracyjnych pozbieraliśmy niepotrzebne Krzyśkowi rzeczy - naczynia jedzenie itp. Trochę się tego nazbierało.
Na 19 zrobiłem gulasz z pieczarkami i ryż. W międzyczasie Sylwia poprzynosiła nam trochę jedzenia i rzeczy. Potem poszedłem po mieszkaniach w poszukiwaniu mydła (potem Sylwia nam dała jedno) i mąki do sosu.
Po tych poszukiwaniach nagle wszyscy, którzy się pakowali do wyjazdu (bo cały budynek dziś wyjechał) zaczęli nam znosić garnki, jedzenie, picie i ogólnie wszystko co mieli do oddania. To wszystko przez to, że wypytywaliśmy czy nie mają zbędnego żarcia.
Po trochu przynosili wszystkiego. Teraz mamy tylko 2 kg soli, 3 kg mąki, 4 butelki oleju, w cholerę wody, przypraw, kilka rodzajów płatków, makarony, owoce, jajka. Wszystkiego trochę. Darmowe żarcie, duużo żarcia.
Jakby tego było mało mamy kilka garnków, 4 patelnie, niezliczoną ilość sztućców, talerzy; 3 deski do krojenia, kubki szklanki. Cała kuchnia zawalona gratami.
Do samego wyjazdu znosili nam co się dało.
Ostatecznie o 22.15 odjechali autokarem w stronę zachodzącego słońca.
piątek, 1 czerwca 2012
Dzień 123, 1.06.2012, Piątek, "Niepewny czas"
Wczoraj dowiedzieliśmy się, że egzamin z Analizy Numerycznej zdały tylko 2 osoby, a 10 osób nie przekroczyło nawet 20% punktów oceny końcowej. Dodatkowo dowiedzieliśmy się, że w Hiszpanii oblało aż 16 osób i strona polska nic im nie pomogła. Już wszyscy są w domu z oblanymi przedmiotami...
Nam także grozi coś podobnego przez co wiele osób się stresuje, ponieważ podpisaliśmy umowę. Jeśli oblejemy semestr na Erazmusie to będziemy zmuszeni zwrócić całe otrzymane stypendium na wyjazd.
Tak więc dziś na 11 przyszliśmy do profesorka spróbować coś utargować, żeby przepuścił nas. Do Jego pokoju weszły tylko 3 osoby, żeby nie robić tłoku i żeby na spokojnie z nim pogadali. Siedzieli tam przez 1,5h i dowiedzieli się tyle co wczoraj.
Alkan nas przeprasza, że tak słabo nam poszło. Nie spodziewał się, że egzamin pójdzie tak słabo, jednakże nie może nas przepchnąć na siłę ponieważ mamy ten sam numer kursu co 2 grupy tureckie, przez co jesteśmy klasyfikowani razem z nimi.
Turki napisały to dużo lepiej niż my, przez co plasujemy się na samym końcu listy wyników. Tutaj jest taki głupi system, że jakiś procent osób musi zostać oblana, a w tym wypadku wypada to na nas...
Ja uzyskałem 5 najlepszy wynik końcowy wśród Erazmusów - 45% Usłyszałem, że mam szansę na zaliczenie :D
Gdy oblegaliśmy Alkana w jego pokoju i sprawdzaliśmy wyniki przyszedł prof Cemal i pożartował trochę, że urządziliśmy strajk pod pokojem Alkana. Potem z nim pogadał chwilę i przekazał nam wiadomość "10 studentów pewnie obleje na 100%" to ci co nie przekroczyli 20% oceny końcowej, ale i tak reszta nie ma pewności co do oceny.
Ostatecznie Alkan wymyślił, że sprawdzi egzaminy jeszcze raz i nie będzie zwracał uwagę na błędy w rachunkach co powinno dołożyć kilka dodatkowych punktów z Final Exam. Po tym postanowiliśmy iść coś zjeść, bo już i tak nic się nie załatwi. Poszliśmy do pierdolnika zjeść Pide.
O 15 kilka osób poszło jeszcze raz do Alkana pogadać z nim. Ugadali tyle, że wyśle zadanie domowe na maila, które mamy zrobić. Będzie chyba liczone jako punkty za egzamin.
Po godzinie dotarł email z 3 zadaniami. Pierwsze wrażenie po otwarciu pliku - "O kurwa". Kolejne wrażenia podobne. Będzie ciężko.
środa, 23 maja 2012
Dzień 114, 23.05.2012, Środa, "Przedszkole i egzamin z Materiałoznawstwa"
Okazało się, że Fatma, która miała nagrywać film z mojej i Azize gry w przedszkolu nie wcisnęła przycisku "Nagrywaj" w telefonie. Patrzała sobie tylko na podgląd na ekranie telefonu przez co zmuszeni byliśmy iść jeszcze raz do przedszkola i nagrać ten filmik w końcu jak należy. Umówiłem się z Azize o 14 - przed moim egzaminem z Materiałoznawstwa II - pod wejściem do w/w przedszkola. (dobrze, że wychowawczynie zgodziły się na to,abyśmy mogli jeszcze raz zagrać z dziećmi)
Przyszedłem trochę za wcześnie, więc usiadłem na trawniku i poczytałem książkę. Gdy przyszła Azize z Fatmą weszliśmy do środka, tam poczekaliśmy trochę, aż nauczycielki zbiorą dzieci z salce i przyniosą sprzęt, który zostawiliśmy ostatnio.
Szybko rozkleiliśmy taśmę klejącą na dywan, ustawiliśmy chmurki i baloniki w odpowiednich miejscach, po czym zaczęliśmy nagrywać. Azize wytłumaczyła jeszcze raz dzieciom zasady gry, zademonstrowaliśmy jak grać, po czym dzieci znów miały radochę.
Zrobiliśmy sobie zdjęcie grupowe, pozbieraliśmy manele, oddaliśmy przedszkolance. Dałem kartę pamięci Fatmie, żeby zgrała filmy i zdjęcia na netbooka. Gdy mieliśmy się zbierać Azize i przedszkolanka wpadły na szatański pomysł. Jako, że jestem Polakiem i mówię po angielsku, a to przedszkole ma w programie angielski zostałem "zmuszony" do prezentacji przed inna grupą przedszkolaków. Zmuszony bo nie wiedziałem o co chodzi, aż nie weszliśmy do salki z dziećmi, gdzie anglistka mi powiedziała o co chodzi. Przywitałem się z dziećmi, wymieniłem uprzejmości (How are you? I'm fine, and you?) i następnie miałem powiedzieć o sobie kilka słów. Potem dzieci miały szanse na zadanie jakichś pytań, ale był za bardzo speszone.
Po tej prezentacji pożegnaliśmy się wyszliśmy. Dziewczyny odprowadziły mnie pod bramę kampusu bo musiałem iść na egzamin.
Na wydziale tyle było ludu, że jeszcze nigdy nie widziałem tam tyle osób o tej porze (przed 15:00). Egzamin poszedł całkiem całkiem. Po egzaminie tradycyjnie zakupy na obiad i piwo jako nagroda za kolejne zaliczenie.
Zrobiliśmy sobie zdjęcie grupowe, pozbieraliśmy manele, oddaliśmy przedszkolance. Dałem kartę pamięci Fatmie, żeby zgrała filmy i zdjęcia na netbooka. Gdy mieliśmy się zbierać Azize i przedszkolanka wpadły na szatański pomysł. Jako, że jestem Polakiem i mówię po angielsku, a to przedszkole ma w programie angielski zostałem "zmuszony" do prezentacji przed inna grupą przedszkolaków. Zmuszony bo nie wiedziałem o co chodzi, aż nie weszliśmy do salki z dziećmi, gdzie anglistka mi powiedziała o co chodzi. Przywitałem się z dziećmi, wymieniłem uprzejmości (How are you? I'm fine, and you?) i następnie miałem powiedzieć o sobie kilka słów. Potem dzieci miały szanse na zadanie jakichś pytań, ale był za bardzo speszone.
Po tej prezentacji pożegnaliśmy się wyszliśmy. Dziewczyny odprowadziły mnie pod bramę kampusu bo musiałem iść na egzamin.
Na wydziale tyle było ludu, że jeszcze nigdy nie widziałem tam tyle osób o tej porze (przed 15:00). Egzamin poszedł całkiem całkiem. Po egzaminie tradycyjnie zakupy na obiad i piwo jako nagroda za kolejne zaliczenie.
piątek, 18 maja 2012
Dzień 109, 18.05.2012, Piątek, "Gry i zabawy z dziećmi"
Dwa wcześniejsze dni poświęciłem na omówienie projektu z moją partnerką z Educational Games. Na początku próbowaliśmy po angielsku gadać - a jako, że Ona nie zna w ogóle tego języka i używała Google Translate, wiele rzeczy nie rozumiałem z tego co pisała. Więc potem zaczęliśmy rozmawiać po turecku - ta opcja była dużo lepsza, bo bardzo dobrze zaczęliśmy się dogadywać.
Dziś umówiliśmy się się o 11 rano pod MM Migros. Najpierw przyszedł Łukasz - bo jego partnerka jest przyjaciółką mojej, więc mieliśmy we czwórkę iść robić te projekty. Dziewczyny się spóźniły jakieś 10 minut.
Azize - moja partnerka mówiła, że przyprowadzi kogoś kto zna angielski, ale przyszły tylko we dwie, więc nie pogadaliśmy sobie za dużo na początku.
Od razu poszliśmy do szkoły podstawowej. Na miejscu musieliśmy poczekać jakieś 10 min ponieważ trwała jeszcze lekcja WFu. Przez ten czas siedzieliśmy w kanciapie WFistów. Dostaliśmy herbatki - wszyscy pili z tradycyjnych szklaneczk w kształcie tulipana, a ja i Łukasz dostaliśmy w dużych 200ml szklankach. I starszy koleś - nie wiem kim dokładnie był zagrał dla nas na instrumencie podobnym do lutni.
W międzyczasie zrobiliśmy sobie fotkę, a dzieci już skończyły WF i miały podnietę jak nas widziały. A akurat kanciapa miała przeszkloną ścianę i drzwi, czuliśmy się jak zwierzęta w zoo. P chwili wpadło do środka kilka dziewczynek i się pytały o nasze imiona. Gdy usłyszały moje imię bardzo się zdziwiły - bo w Turcji imię Kamil także występuje. Miały ogólną radochę, że zamieniły kilka słów z obcokrajowcami.
Gdy wyszliśmy na boisko rozstawiać sprzęt do naszych gier, dzieci nas ciągle zaczepiały i miały radochę. Pierwsi grali Fatma i Łukasz - raczej powinienem powiedzieć Fatma wytłumaczyła zasady a Łukasz stał i sie patrzał ;d. Był to rodzaj berka. Praktycznie na tą jedną grę poszła cała karta pamięci w aparacie na film.


Naszą grą było rzucanie piłeczkami przez dziury w płótnie. Ja liczyłem punkty jednej drużyny.
Po zagraniu i nagraniu filmików zaczęliśmy się zbierać. Dzieci nas otoczyły i oddelegowały jedną dziewczynę, która umiała trochę po angielsku. Owa dziewczynka zapytała nas "Czy pokażemy ciało". Prawie padliśmy jak to usłyszeliśmy. Po pozbieraniu maneli poszliśmy do wyjścia, a dzieci za nami biegły i się żegnały - przebiegły cały plac szkolny aż do ostatniego płotu, żeby nas żegnać.
Z początku mieliśmy grać na dworze, ale padał deszcz - co prawda kropiło lekko i mi to nie przeszkadzało, ale wuefista postanowił przenieść zajęcia na salę gimnastyczną. Sala była w bardzo złym stanie. Spaczone klepki na połowie parkietu, multum brakujących klepek i syf. Poza tym było przytulnie :D
Jako pierwsi znów grali Fatma i Łukasz:
Po skończeniu meczu przyszedł czas na moją i Azize grę:
Następnie poszliśmy do przedszkola. Tam na początku siedzieliśmy w recepcji na kanapach. Pogadaliśmy chwilę z nauczycielką angielskiego. Łukasz i Fatma tylko siedzieli, a ja i Azize musieliśmy przygotować jeszcze sprzęt do naszej gry, mianowicie wycięcie 3 chmurek z kolorowych brystoli i napisanie na nich "wczoraj", "dziś", "jutro". (Jeszcze motyw przerąbany, żeby wejść tam trzeba było założyć szpitalne worki na buty)
Wspólnymi siłami odrysowaliśmy 3 chmurki i wycięliśmy - idealna praca zespołowa rzekłbym. Potem jeszcze Azize poszła napełnić baloniki wodą.
Gdy już wszystko było gotowe, dzieci weszły do pokoju gdzie mieliśmy grać, my też tam się udaliśmy. Podczas przygotowań do gier dzieci zaśpiewały nam "Jingle Bells" i piosenkę o anatomii po angielsku.
Jako pierwsi grali Fatma i Łukasz. Potem my.
Jak poprzedniego dnia próbowałem przetłumaczyć zasady tych gier razem z Azize, za cholerę nie byłem w stanie zrozumieć zasad tej gry dla przedszkolaków, wydawało mi się to cholernie skomplikowane i dziwne. Okazało się, że jest to bardzo prościutka gra:
Gdy tylko przekroczyłem próg mieszkania, dostałem polecenie "myj ręce i pomóż kleić pierogi" no i żeśmy kleili z 1,5h.
Dziś umówiliśmy się się o 11 rano pod MM Migros. Najpierw przyszedł Łukasz - bo jego partnerka jest przyjaciółką mojej, więc mieliśmy we czwórkę iść robić te projekty. Dziewczyny się spóźniły jakieś 10 minut.
Azize - moja partnerka mówiła, że przyprowadzi kogoś kto zna angielski, ale przyszły tylko we dwie, więc nie pogadaliśmy sobie za dużo na początku.
Od razu poszliśmy do szkoły podstawowej. Na miejscu musieliśmy poczekać jakieś 10 min ponieważ trwała jeszcze lekcja WFu. Przez ten czas siedzieliśmy w kanciapie WFistów. Dostaliśmy herbatki - wszyscy pili z tradycyjnych szklaneczk w kształcie tulipana, a ja i Łukasz dostaliśmy w dużych 200ml szklankach. I starszy koleś - nie wiem kim dokładnie był zagrał dla nas na instrumencie podobnym do lutni.
W międzyczasie zrobiliśmy sobie fotkę, a dzieci już skończyły WF i miały podnietę jak nas widziały. A akurat kanciapa miała przeszkloną ścianę i drzwi, czuliśmy się jak zwierzęta w zoo. P chwili wpadło do środka kilka dziewczynek i się pytały o nasze imiona. Gdy usłyszały moje imię bardzo się zdziwiły - bo w Turcji imię Kamil także występuje. Miały ogólną radochę, że zamieniły kilka słów z obcokrajowcami.
Gdy wyszliśmy na boisko rozstawiać sprzęt do naszych gier, dzieci nas ciągle zaczepiały i miały radochę. Pierwsi grali Fatma i Łukasz - raczej powinienem powiedzieć Fatma wytłumaczyła zasady a Łukasz stał i sie patrzał ;d. Był to rodzaj berka. Praktycznie na tą jedną grę poszła cała karta pamięci w aparacie na film.

Po zagraniu i nagraniu filmików zaczęliśmy się zbierać. Dzieci nas otoczyły i oddelegowały jedną dziewczynę, która umiała trochę po angielsku. Owa dziewczynka zapytała nas "Czy pokażemy ciało". Prawie padliśmy jak to usłyszeliśmy. Po pozbieraniu maneli poszliśmy do wyjścia, a dzieci za nami biegły i się żegnały - przebiegły cały plac szkolny aż do ostatniego płotu, żeby nas żegnać.
Po szkole podstawowej poszliśmy zjeść lunch, bo akurat zbliżała się godzina 13 - czyli lunch time. Zjedliśmy w restauracji gdzie za 5TL można sobie wybrać 5 dań na talerz. Dziewczyny się uparły żeby za nas zapłacić, a że bariera językowa utrudniała trochę komunikację, zgodziliśmy się. Ogólnie turki cholernie lubią stawiać wszystko zagranicznym kolegom.
W restauracji zgraliśmy fotki i filmy na netbooka Fatmy i trochę pogadaliśmy za pomocą translatora. Przed 14 poszliśmy do gimnazjum nakręcić kolejną część materiału go projektu.Z początku mieliśmy grać na dworze, ale padał deszcz - co prawda kropiło lekko i mi to nie przeszkadzało, ale wuefista postanowił przenieść zajęcia na salę gimnastyczną. Sala była w bardzo złym stanie. Spaczone klepki na połowie parkietu, multum brakujących klepek i syf. Poza tym było przytulnie :D
Jako pierwsi znów grali Fatma i Łukasz:
Gra integracyjna z piłką. Zasady proste. Jedna osoba podrzuca piłkę w górę krzycząc imię drugiej osoby. Wykrzyczana osoba musi złapać piłkę, jeśli upuści to musi zbić nią kogoś innego. Potem sytuacja się powtarza.Też w to zagrałem - zostałem zaciągnięty na środek :D Nie starałem się łapać piłki bo fajniej jest kogoś zbić niż wywołać. Turki jak zbijały to rzucały słabiutko - tak tylko aby trafić. Ja rzuciłem tak po polsku, czyt. z całej siły. Jak się odbiła piłka od ramienia (kilka cm wyżej i była by twarz) jednego turka to aż cała sala mi brawa biła.
Po skończeniu meczu przyszedł czas na moją i Azize grę:
Każdy otrzymuje balonik, popmuje go i zawiązuje. Następnie musi napisać na nim swoje imię oraz miejsce urodzenia. Gdy już każdy ma tak przygotowany balonik puszczana jest muzyka, a wszyscy zainteresowani wzbijają baloniki w powietrze i starają się powstrzymać ich kontakt z podłogą. Gdy muzyka ustaje, każdy łapie balon, a następnie próbuje zgadnąć czyj on jest.Przyznam, że ciekawsza była gra od Fatmy, no ale liczy się to, że mamy materiał na projekt.
Następnie poszliśmy do przedszkola. Tam na początku siedzieliśmy w recepcji na kanapach. Pogadaliśmy chwilę z nauczycielką angielskiego. Łukasz i Fatma tylko siedzieli, a ja i Azize musieliśmy przygotować jeszcze sprzęt do naszej gry, mianowicie wycięcie 3 chmurek z kolorowych brystoli i napisanie na nich "wczoraj", "dziś", "jutro". (Jeszcze motyw przerąbany, żeby wejść tam trzeba było założyć szpitalne worki na buty)
Wspólnymi siłami odrysowaliśmy 3 chmurki i wycięliśmy - idealna praca zespołowa rzekłbym. Potem jeszcze Azize poszła napełnić baloniki wodą.
Gdy już wszystko było gotowe, dzieci weszły do pokoju gdzie mieliśmy grać, my też tam się udaliśmy. Podczas przygotowań do gier dzieci zaśpiewały nam "Jingle Bells" i piosenkę o anatomii po angielsku.
Jako pierwsi grali Fatma i Łukasz. Potem my.
Jak poprzedniego dnia próbowałem przetłumaczyć zasady tych gier razem z Azize, za cholerę nie byłem w stanie zrozumieć zasad tej gry dla przedszkolaków, wydawało mi się to cholernie skomplikowane i dziwne. Okazało się, że jest to bardzo prościutka gra:
Na 3 kartonikach napisane jest "wczoraj", "dziś" i "jutro", każdy jest innego koloru. Do tego są odpowiednich kolorów baloniki. Gdy prowadząca powie "jutro", dzieci muszą wziąć balonik tego samego koloru co kartonik, skakać na dwóch nogach wzdłuż linii, zatrzymać się 0,5m przed chmurkami i rzucić balonik na chmurkę tego samego koloru.Po rozegraniu partii i nagraniu wszystkiego i zrobieniu zdjęć pożegnaliśmy się z dziećmi i nauczycielkami, i wyszliśmy. Przed przedszkolem spotkaliśmy kolegę dziewczyn. Zaproponował żebyśmy poszli się czegoś napić. Ja i Łukasz byliśmy chętni na piwko, więc wsiedliśmy wszyscy do jego samochodu i pojechaliśmy... Na uczelnię. Okazało się, że w restauracji przy centrum sportowym na terenie kampusu można kupić sobie piwo. Tam posiedzieliśmy z godzinę, Fatma zgrała wszystkie foty i filmy na netbooka. Potem ten koleś nas odwiózł do domu.
Gdy tylko przekroczyłem próg mieszkania, dostałem polecenie "myj ręce i pomóż kleić pierogi" no i żeśmy kleili z 1,5h.
niedziela, 6 maja 2012
Dzień 97, 06.05.2012, Niedziela, "Zły dzień"
Nie dość, że miałem bezsenną noc.
Nie spałem do chyba 5 rano – w tym czasie czytałem książkę, a
potem obejrzałem film. Na dodatek koło 11 rano z pobliskiego
Minaretu zaczęły wydobywać się modlitwy. Były cholernie głośne
no i długie. Prawie 2 godziny praktycznie bez przerwy. Po bezsennej
nocy chciałem trochę odespać popołudniu, ale nie udało się z
wiadomych przyczyn...
Ehh. Jakby tego było mało, przy
zmywaniu potłukłem swój głęboki talerz. Spadła mi szklaneczka
do herbaty z szafki do zlewu, w którym był talerz. Szklaneczka
cała, a talerz w 2 częściach... Potem myjąc tarkę za 1,5TL
rozwaliłem sobie palec o wystające debilne mocowanie. Piękny
początek dnia – o 14..... Chce już, aby ten dzień się
skończył...
Zrobienie obiadu zajęło nam dziś
wyjątkowo długo, ale udało się go nie spieprzyć na szczęście.
Po zjedzeniu miałem odpocząć i pouczyć się z mechaniki, ale w
końcu nie zabrałem się za to. Jutro coś zrobię.
Nasi sąsiedzi to wariaci. Chyba znów
mecz jakiś jest albo coś w tym stylu, bo przez pół dnia co jakiś
czas okrzyki radości i wrzaski z dołu słychać. Nie wiem czy oni
sobie nagrywają mecze swojej drużyny i puszczają je w kółko
ciesząc się z goli? Prawie codziennie słychać od nich takie
odgłosy jakby mecz oglądali. Dziś to jest wyjątkowo długo :D
W końcu dziś zebrałem się w sobie i
napisałem relację z 2 dnia w Bodrum. ;]
niedziela, 22 kwietnia 2012
Dzień 83, 22.04.2012, Niedziela
W drodze do klubu poznałem jednego
turka – Aidym miał na imię (nie jestem pewny pisowni). W klubie
na start dostaliśmy po szocie jakiegoś drinka – nie znam się na
drinkach, a o nazwę nie pytałem więc nie wiem co to było
dokładnie, ale był całkiem dobry.
Miałem smaka na prawdziwe piwo, ale
jak usłyszałem, że kosztuje 8TL w barze to postanowiłem iść do
sklepu obok kupić „Tuborg'a” za 4TL w butelce. Musiałem szybko
je wypić przed sklepem bo jak to bywa w barach i klubach nie można
wchodzić z napojami kupionymi poza barem. Jakiś czas później
poszedłem tam drugi raz z Aidymem – postawił mi piwo.
Około 3-4 wróciliśmy do hotelu. Na
dworze było już całkiem chłodno. Kilka osób chciało popływać
w basenie w środku nocy, ale jak dotknęli ręką wody to
zrezygnowali – za zimna.
Poszedłem do pokoju razem z Adilem. Ja
byłem taki zmęczony i podchmielony, że praktycznie od razu
położyłem się spać w samych bokserkach. Co prawda podczas
rozbierania się musiałem co 20 sekund wyłączać bezpieczniki
prądowe i włączać jeszcze raz, żebyśmy mieli światło ponieważ
nie działał nasz breloczek do klucza, który włącza prąd. Trochę
śmieszne było to, że ja spałem w samych bokserkach, a Adil musiał
założyć na siebie Jeansy i bluzę z kapturem (kaptur na głowie
miał ściągnięty sznurkami) – bo było mu strasznie zimno. W
sumie nie ma co się dziwić skoro w Maroko temperatura dochodzi do
50 stopni w lato.
Rano obudził mnie około 7 bo nie mógł
wytrzymać już w tym łóżku z zimna i poszedł na śniadanie –
był pierwszą osobą która zjadła dziś śniadanie.
Ja pospałem jeszcze do 9,30 po czym
wyszedłem szukać reszty. Grali w bilarda i powiedzieli mi żebym
lepiej pośpieszył się na śniadanie bo mogę nie zdążyć.
Na śniadanie wypiłem dużo Cayu, do
tego ziołowe bułeczki, serek, wędlinka jakaś i kilka jajek.
Posiłek zjadłem z Aidynem i dwoma innymi Turkami.
Gdy otworzyli bar oblegliśmy go –
byliśmy pierwszymi „klientami”. Gdy mieliśmy już swoje piwka
zapytaliśmy szefa czy możemy pograć sobie w rzutki. Nie robili
problemu i pozwolili nam grać, nawet przydzielili laskę, która
miała nam „pomagać”. Chcieliśmy zagrać w 301 – trzeba
uzbierać dokładnie 301 pkt. Okazało się, że oni tutaj nie znają
żadnej gry oprócz „Zabójcy”, w którego graliśmy
wczoraj.
Przez to straciliśmy dużo czasu na wytłumaczenie Jej zasad. Cały czas trzeba było pilnować, żeby dobrze zapisywała wynik, zamiast ciągle dodawać ustrzelone punkty w danej kolejce do tych z poprzednich kolejek zapisywała po prostu tyle ile ktoś uzbierał i nie dodawała nic. Rozegraliśmy w ten sposób tylko 2 gry – w pierwszej skończyłem jako drugi, a w kolejnej jako przedostatni.
Przez to straciliśmy dużo czasu na wytłumaczenie Jej zasad. Cały czas trzeba było pilnować, żeby dobrze zapisywała wynik, zamiast ciągle dodawać ustrzelone punkty w danej kolejce do tych z poprzednich kolejek zapisywała po prostu tyle ile ktoś uzbierał i nie dodawała nic. Rozegraliśmy w ten sposób tylko 2 gry – w pierwszej skończyłem jako drugi, a w kolejnej jako przedostatni.
Praktycznie chwilę przed wyjazdem z
hotelu dowiedzieliśmy się, że możemy zamówić za darmo
hamburgera z frytkami, więc rzuciliśmy się jak najszybciej, żeby
zdążyć jeszcze zjeść jednego ;D Zamówiłem swojego i poszedłem
się w międzyczasie spakować, bo mieliśmy się wymeldować i
jechać na plażę.
Gdy zebrałem swoje manele hamburger
już na mnie czekał. Cieszę się, że mi go nie zjedli. Gdy zjadłem
swojego hambka przyszedł Darius pytać się Simona czy nie widział
jego telefonu. Zginął mu gdzieś telefon w pokoju po tym jak Room
Service posprzątało wszystkie pokoje. Zapowiadało się na
nieprzyjemną sytuację, ale po rozmowie w recepcji i przeszukaniu
jeszcze raz pokoju okazało się, że sprzątaczka zostawała telefon
na łóżku ale przykryła go kołdrą ja słała je.
Przed pójściem szukać telefonu także
zamówił sobie hamburgera, więc my siedzieliśmy i czekaliśmy na
niego i na jego hamburgera. W międzyczasie wydarzył się wypadek –
jakiś koleś przeszedł przez szybę obok szklanych drzwi... Cały
jeden segment roztrzaskany. Huk, krzyki i zbiegowisko ludzi. Na
szczęście nic strasznego mu się nie stało. Tylko kilka ran
ciętych.
Gdy wszyscy byli już gotowi poszliśmy
się wymeldować i pojechaliśmy na plażę. Spędziliśmy tam pół
dnia. Szczerze to nie było tam za dużo do roboty. Ktoś kupił
piłkę do siatkówki i pograliśmy trochę. Graliśmy obok leżącego
sobie na piasku dużego psa. Piłka wiele razy spadała blisko niego,
prawie go trafiając. A on tylko łeb podniósł, popatrzał i
położył się znowu jakby nigdy nic.
Podczas gry rozwaliłem sobie paznokieć
u lewej nogi – złamał się i wbiły się pod niego kamienie. Tak
więc to by było na tyle w sprawie chodzenia na boso po piasku...
Szybko przemyłem ranę u poszedłem założyć buty i zrezygnowałem
z gry.
Później nikomu już nie chciało się
grać, więc zaczęły się nudy. Poszedłem do sklepu z Mateuszem i
Dariusem. Kupiłem pocztówki i herbatę. Gdy wróciliśmy ze sklepu
reszta chciała się przejść, więc poszliśmy na spacer i
zrobiliśmy kółeczko po okolicy.
Około 17 wreszcie pojechaliśmy
stamtąd. Zabrali nas na najwyżej położony punkt w mieście –
przy ruinach wiatraków. Rozpościerał się stamtąd piękny widok.
Gdzie nie spojrzeć, widok zapierał dech w piersiach. Dali nam
trochę czasu na zrobienie sobie zdjęć. Zapuściłem się dość
daleko od autokaru – bo im dalej tym lepsze widoki były i gdy
wracałem fajnie patrzało się jak autokar odjeżdża, a raczej
stacza się do morza. Przynajmniej takie to wrażenie sprawiało, ale
na serio kierowca tylko przestawiał busa.
Z tego miejsca pojechaliśmy w końcu w
stronę domu. O 20 zaczął się mecz Fenerbhace – drużyny za
którą tutaj wszyscy szaleją, więc słuchaliśmy relacji przez
radio. Przed 21 zatrzymaliśmy się przy jakiejś restauracji, wiele
osób poszło coś zjeść i przy okazji pooglądać mecz...
Straciliśmy tam trochę czasu i ruszyliśmy dalej. Po drodze gdy
padła bramka dla „naszej” drużyny kierowca aż trąbił z
radości (2 godziny później trąbił sobie w rytm muzyki ;D)
Kilkanaście minut po 21 autokarze
jakieś poruszenie się zrobiło wśród ludzi. Wszyscy wychylali się
przez fotele i patrzeli przez przednią szybę. Zdziwiłem się i
zobaczyłem co się dzieje. Okazało się, że przed nami jedzie
piany kierowca, a że jechaliśmy przez góry – kręte drogi, więc
całkiem niebezpieczne to było... Jechał normalnie sinusoidą –
od pobocza do pobocza. Kierowca busa na zakrętach trąbił, żeby
ostrzec jadących z naprzeciwka. Kilka było sytuacji, że jechał na
czołowe. Turki zadzwoniły na policję, podali numery auta oraz
miejsce gdzie jesteśmy. Po jakimś czasie tamten zatrzymał się i
kilku wyskoczyło z busa i wyciągnęli kierowcę i pasażera. Obaj
ledwie się na nogach trzymali. Coś pogadali z nimi i puścili ich.
Wydaje mi się, że kazali im jechać na najbliższą restaurację i
czekać na policję, bo właśnie zjechali na jedną.
Gdyby koleś spowodował wypadek, to
zapewne spędzilibyśmy trochę czasu tam jako świadkowie. Wtedy
zaczynałem żałować, że nie zjadłem nic w tej restauracji, ale
na szczęście nic się nie stało.
Około 23 byliśmy już w Denizli przed
Migrosem. Czekał tam na nas Volkan. Pożegnaliśmy się z ludźmi,
przywitałem się z nim i poszedłem do sklepu po chleb, a On i
Mateusz poszli po piwo. Posiedział u nas jakieś 2 godziny,
pokazałem Mu fotki i filmiki, w międzyczasie zrobiliśmy sobie
kolację, nie chciał się poczęstować.
W taki oto sposób zleciał mi weekend.
:D
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
