Reklama

niedziela, 22 kwietnia 2012

Dzień 83, 22.04.2012, Niedziela


W drodze do klubu poznałem jednego turka – Aidym miał na imię (nie jestem pewny pisowni). W klubie na start dostaliśmy po szocie jakiegoś drinka – nie znam się na drinkach, a o nazwę nie pytałem więc nie wiem co to było dokładnie, ale był całkiem dobry.
Miałem smaka na prawdziwe piwo, ale jak usłyszałem, że kosztuje 8TL w barze to postanowiłem iść do sklepu obok kupić „Tuborg'a” za 4TL w butelce. Musiałem szybko je wypić przed sklepem bo jak to bywa w barach i klubach nie można wchodzić z napojami kupionymi poza barem. Jakiś czas później poszedłem tam drugi raz z Aidymem – postawił mi piwo.
Około 3-4 wróciliśmy do hotelu. Na dworze było już całkiem chłodno. Kilka osób chciało popływać w basenie w środku nocy, ale jak dotknęli ręką wody to zrezygnowali – za zimna.
Poszedłem do pokoju razem z Adilem. Ja byłem taki zmęczony i podchmielony, że praktycznie od razu położyłem się spać w samych bokserkach. Co prawda podczas rozbierania się musiałem co 20 sekund wyłączać bezpieczniki prądowe i włączać jeszcze raz, żebyśmy mieli światło ponieważ nie działał nasz breloczek do klucza, który włącza prąd. Trochę śmieszne było to, że ja spałem w samych bokserkach, a Adil musiał założyć na siebie Jeansy i bluzę z kapturem (kaptur na głowie miał ściągnięty sznurkami) – bo było mu strasznie zimno. W sumie nie ma co się dziwić skoro w Maroko temperatura dochodzi do 50 stopni w lato.
Rano obudził mnie około 7 bo nie mógł wytrzymać już w tym łóżku z zimna i poszedł na śniadanie – był pierwszą osobą która zjadła dziś śniadanie.
Ja pospałem jeszcze do 9,30 po czym wyszedłem szukać reszty. Grali w bilarda i powiedzieli mi żebym lepiej pośpieszył się na śniadanie bo mogę nie zdążyć.
Na śniadanie wypiłem dużo Cayu, do tego ziołowe bułeczki, serek, wędlinka jakaś i kilka jajek. Posiłek zjadłem z Aidynem i dwoma innymi Turkami.
Gdy otworzyli bar oblegliśmy go – byliśmy pierwszymi „klientami”. Gdy mieliśmy już swoje piwka zapytaliśmy szefa czy możemy pograć sobie w rzutki. Nie robili problemu i pozwolili nam grać, nawet przydzielili laskę, która miała nam „pomagać”. Chcieliśmy zagrać w 301 – trzeba uzbierać dokładnie 301 pkt. Okazało się, że oni tutaj nie znają żadnej gry oprócz „Zabójcy”, w którego graliśmy wczoraj.
Przez to straciliśmy dużo czasu na wytłumaczenie Jej zasad. Cały czas trzeba było pilnować, żeby dobrze zapisywała wynik, zamiast ciągle dodawać ustrzelone punkty w danej kolejce do tych z poprzednich kolejek zapisywała po prostu tyle ile ktoś uzbierał i nie dodawała nic. Rozegraliśmy w ten sposób tylko 2 gry – w pierwszej skończyłem jako drugi, a w kolejnej jako przedostatni.
Praktycznie chwilę przed wyjazdem z hotelu dowiedzieliśmy się, że możemy zamówić za darmo hamburgera z frytkami, więc rzuciliśmy się jak najszybciej, żeby zdążyć jeszcze zjeść jednego ;D Zamówiłem swojego i poszedłem się w międzyczasie spakować, bo mieliśmy się wymeldować i jechać na plażę.
Gdy zebrałem swoje manele hamburger już na mnie czekał. Cieszę się, że mi go nie zjedli. Gdy zjadłem swojego hambka przyszedł Darius pytać się Simona czy nie widział jego telefonu. Zginął mu gdzieś telefon w pokoju po tym jak Room Service posprzątało wszystkie pokoje. Zapowiadało się na nieprzyjemną sytuację, ale po rozmowie w recepcji i przeszukaniu jeszcze raz pokoju okazało się, że sprzątaczka zostawała telefon na łóżku ale przykryła go kołdrą ja słała je.
Przed pójściem szukać telefonu także zamówił sobie hamburgera, więc my siedzieliśmy i czekaliśmy na niego i na jego hamburgera. W międzyczasie wydarzył się wypadek – jakiś koleś przeszedł przez szybę obok szklanych drzwi... Cały jeden segment roztrzaskany. Huk, krzyki i zbiegowisko ludzi. Na szczęście nic strasznego mu się nie stało. Tylko kilka ran ciętych.
Gdy wszyscy byli już gotowi poszliśmy się wymeldować i pojechaliśmy na plażę. Spędziliśmy tam pół dnia. Szczerze to nie było tam za dużo do roboty. Ktoś kupił piłkę do siatkówki i pograliśmy trochę. Graliśmy obok leżącego sobie na piasku dużego psa. Piłka wiele razy spadała blisko niego, prawie go trafiając. A on tylko łeb podniósł, popatrzał i położył się znowu jakby nigdy nic.
Podczas gry rozwaliłem sobie paznokieć u lewej nogi – złamał się i wbiły się pod niego kamienie. Tak więc to by było na tyle w sprawie chodzenia na boso po piasku... Szybko przemyłem ranę u poszedłem założyć buty i zrezygnowałem z gry.
Później nikomu już nie chciało się grać, więc zaczęły się nudy. Poszedłem do sklepu z Mateuszem i Dariusem. Kupiłem pocztówki i herbatę. Gdy wróciliśmy ze sklepu reszta chciała się przejść, więc poszliśmy na spacer i zrobiliśmy kółeczko po okolicy.
Około 17 wreszcie pojechaliśmy stamtąd. Zabrali nas na najwyżej położony punkt w mieście – przy ruinach wiatraków. Rozpościerał się stamtąd piękny widok. Gdzie nie spojrzeć, widok zapierał dech w piersiach. Dali nam trochę czasu na zrobienie sobie zdjęć. Zapuściłem się dość daleko od autokaru – bo im dalej tym lepsze widoki były i gdy wracałem fajnie patrzało się jak autokar odjeżdża, a raczej stacza się do morza. Przynajmniej takie to wrażenie sprawiało, ale na serio kierowca tylko przestawiał busa.
Z tego miejsca pojechaliśmy w końcu w stronę domu. O 20 zaczął się mecz Fenerbhace – drużyny za którą tutaj wszyscy szaleją, więc słuchaliśmy relacji przez radio. Przed 21 zatrzymaliśmy się przy jakiejś restauracji, wiele osób poszło coś zjeść i przy okazji pooglądać mecz... Straciliśmy tam trochę czasu i ruszyliśmy dalej. Po drodze gdy padła bramka dla „naszej” drużyny kierowca aż trąbił z radości (2 godziny później trąbił sobie w rytm muzyki ;D)
Kilkanaście minut po 21 autokarze jakieś poruszenie się zrobiło wśród ludzi. Wszyscy wychylali się przez fotele i patrzeli przez przednią szybę. Zdziwiłem się i zobaczyłem co się dzieje. Okazało się, że przed nami jedzie piany kierowca, a że jechaliśmy przez góry – kręte drogi, więc całkiem niebezpieczne to było... Jechał normalnie sinusoidą – od pobocza do pobocza. Kierowca busa na zakrętach trąbił, żeby ostrzec jadących z naprzeciwka. Kilka było sytuacji, że jechał na czołowe. Turki zadzwoniły na policję, podali numery auta oraz miejsce gdzie jesteśmy. Po jakimś czasie tamten zatrzymał się i kilku wyskoczyło z busa i wyciągnęli kierowcę i pasażera. Obaj ledwie się na nogach trzymali. Coś pogadali z nimi i puścili ich. Wydaje mi się, że kazali im jechać na najbliższą restaurację i czekać na policję, bo właśnie zjechali na jedną.
Gdyby koleś spowodował wypadek, to zapewne spędzilibyśmy trochę czasu tam jako świadkowie. Wtedy zaczynałem żałować, że nie zjadłem nic w tej restauracji, ale na szczęście nic się nie stało.
Około 23 byliśmy już w Denizli przed Migrosem. Czekał tam na nas Volkan. Pożegnaliśmy się z ludźmi, przywitałem się z nim i poszedłem do sklepu po chleb, a On i Mateusz poszli po piwo. Posiedział u nas jakieś 2 godziny, pokazałem Mu fotki i filmiki, w międzyczasie zrobiliśmy sobie kolację, nie chciał się poczęstować.
W taki oto sposób zleciał mi weekend. :D

sobota, 21 kwietnia 2012

Dzień 82, 21.04.2012, Sobota, "Kierunek Bodrum!"

Ostatnio rzadko piszę coś ponieważ wkradła się rutyna. Życie w Turcji stało się normą i nie dzieje się aż tak wiele ekscytujących rzeczy jak na początku gdy poznawałem dopiero okolicę itp. Przechodzenie przez ulice już jest całkiem normalną czynnością :D Dziś była wycieczka do Bodrum.
Nie spałem za dobrze z tego powodu. Najpierw nie mogłem zasnąć przez kilka godzin, a potem jak już zdołałem usnąć, byłem zawieszony na granicy snu i jawy. Krótko mówiąc jak wstałem o 6 byłem bardzo niewyspany. Szybki prysznic, potem spakowałem plecak - nie mogłem zrobić tego poprzedniego dnia bo ubrania dopiero schły przez noc. Udało mi się nie zapomnieć niczego. Ubrany i spakowany, po sprawdzeniu czy wszystkie dokumenty i pieniądze są w kieszeniach usiadłem i się zdrzemnąłem. Czekaliśmy aż Simon i Claudia - rumunka - wpadną po nas.
Około 7,10 zadzwonili do drzwi. Szybko jeszcze połknąłem zyrtec i rutinoscorbin - bo się źle czułem ostatnimi dniami. I pobiegłem do windy, w której na mnie czekali wszyscy. Na parterze dołączyliśmy do Dariusa - rumun- i poszliśmy pod Migros gdzie mieliśmy się spotkać z Barisem. W momencie gdy dochodziliśmy pod sklep pojawił się Baris i czekali na nas jeszcze Adil - marokańczyk - i Katerina - rosjanka.
W komplecie udaliśmy się w miejsce gdzie czekał na nas autokar.  Po drodze kupiliśmy obarzanki - ja nic nie jadłem na śniadanie bo nie kupiłem nic wieczorem... Po dotarciu do autokaru wrzuciliśmy manele do luku bagażowego i czekaliśmy na pozostałe osoby jadące na tą wycieczkę.
W międzyczasie nawiązała się ciekawa rozmowa między wszystkimi. Ja tylko słuchałem, bo dopiero co poznałem prawie wszystkich. Głównym tematem rozmowy był plan na przyszłość Claudii. Otóż chce znaleźć męża - nie piłkarza, bo piłkarze są jak pszczoły (skaczą z kwiatka na kwiatek) - i mieć szóstkę dzieci. Wszyscy lekko sobie żartowali z tego i dopytywali o szczegóły. W wieku 26 lat chce zacząć robić dzieci i skończyć po 6 latach. Od razu padły propozycje, że lepiej by było jakby bliźniaki albo trojaczki były. Wtedy za 2-3 tury już miałaby drużynę koszykarską.
Ogólnie dziewczyna bardzo udana. Energiczna i apodyktyczna - co zarządziła to musieliśmy zrobić.
Gdy już wszyscy dotarli wyruszyliśmy w drogę. Po drodze czytałem książkę na telefonie, spałem i oglądałem widoki. Podróż zajęła coś kolo 4 godzin z kilkoma przerwami na fajkę i kibelek. Jazda przez góry była dziwnym przeżyciem. Droga kręta, ciśnienie zmienia się tak szybko, że zatyka uszy - podobnie jak w samolocie się dzieje - ale za to widoki czasem zapierały dech w piersiach.

Na miejsce dotarliśmy po 12. 30 min zajęło zameldowanie, zabrali mi legitymację studencką. Po odebraniu klucza zaprowadzili nas do pokoi. Moim współlokatorem został Adil Boktaya z Maroka. Przyjechał do Denizli na staż. Studia już skończył - Zarządzanie Środkami Ludzkimi - z tego też potem były żarty (sprzedaż organów i handel ludźmi)
Razem z Adilem odnalazłem nasz pokój - 2408, przebraliśmy się w luźniejsze ciuchy - ja się przebrałem 2 razy bo najpierw ubrałem spodenki do pływania ale potem ubrałem krótkie bojówki bo padła propozycja na miasto iść. To znaczy był to raczej przymus bo Adil nie wziął ze sobą spodenek do pływania, więc trza było kupić. Nad basenem już smażyli się Simon i Darius. Nie chcieli nigdzie iść - woleli się opalać, a słońce grzało zacnie - pod warunkiem, że nie było zasłonięte przez chmury co po południu było częste. W drodze do recepcji wpadliśmy na dziewczyny. Claudia była niesłychanie głodna - prawie nas pogryzła :d We 4 udaliśmy się do miasta zgodnie ze wskazówkami wodzireja hotelowego.
Praktycznie wszystkie restauracje były zamknięte. Podczas poszukiwań zahaczyliśmy o sklepy - dziewczyny jak to dziewczyny lubią zakupy, więc nie mieliśmy wyboru za dużego, Dobrze się złożyło bo w końcu kupiłem sobie pierścień. Od czasu gdy rozwaliłem pierścień atlantów brakowało mi czegoś na palcu. Sprzedawca bardzo przyjacielski spuścił cenę z 25 do 20 TL. Claudia u niego kupiła okulary słoneczne.
Niedaleko tego sklepiku znajduje się knajpka z kebabem. Zamówiliśmy Tavuk Donnera z ayranem, a dziewczyny z sokiem. Za 6 TL w turystycznym mieście za całkiem zapychający posiłek jest całkiem dobrą ceną.
Po obiedzie poszliśmy na dalsze zakupy bo Claudia chciała kupić jakiś kapelusz - już wcześniej przeglądała kilka w sklepie. Trafiliśmy do kolejnego butiku, w którym spodobał jej się jeden biały z dużym rondem. Zostałem wyznaczony do trzymania puszki z Jej sokiem, a Ona poszła przymierzać. W końcu się na niego zdecydowała i zaczęły się targi. Za kapelusz 15 albo 20 Tl - już nie jestem pewny i dodatkowo sprzedawca dorzucić chciał torebkę za łączną cenę 70 TL. Bronił się zażarcie, a my atakowaliśmy coraz niższe ceny. Zarzekał się, że i tak tanio sprzedaje ponieważ jest przed sezonem, a my jesteśmy pierwszymi klientami dziś. My na to, że jesteśmy tylko biednymi studentami i to za drogo jest, a on - że też jest tylko studentem i musi coś zarobić, chociaż jest przed sezonem. Po kilku minutach zażartego targowania się czterech na jednego wytargowaliśmy 55 za kapelusz i torebkę.
Po ponad godzinie spędzonej na zakupach wróciliśmy w końcu do hotelu. Po drodze Claudia przestraszyła się, że zapomniała soku wziąć. Gdy Jej go dałem ucieszyła się i stwierdziła "co bym bez was zrobiła". Ograniczyła rolę faceta do: trzymania soku, kupowania perfum, wręczania kwiatów i płodzenia dzieci. Było zabawnie.
W hotelu przebraliśmy się w stroje do pływania/opalania się i poszliśmy na basen. Kilka godzin byczenia się na słońcu - które akurat wyszło jak wróciliśmy z miasta - z darmowym piwkiem.
O 14 odbył się mecz piłki wodnej. Ja nie grałem bo woda za zimna dla mnie i ogólnie nie lubię pływać. Wolę się opalać.


O 15,30 graliśmy w rzutki. Tylko nasza ósemka + jakiś starszy koleś się skusił na grę. Ci ludzie znają tutaj tylko jedną grę związaną z rzutkami. Każdy ma przypisany numer i 3 życia. Jak ktoś trafi w dany numer to "zabija go". Po utracie 3 żyć odpadasz z gry.

Mecz nie zajął dużo czasu. Zagraliśmy tylko raz i organizatorzy zmyli się, a szkoda. Po tym przyszedł czas na  więcej leżenia na leżaku i więcej darmowego piwa i ciastek.
Około 16-17 przyleciało od groma dzieciarni robiąc hałas, ponieważ przyjechała wycieczka z wieloma dziećmi, pewnie z powodu dnia dziecka, który jest 23 kwietnia. Bardzo mi się to nie podobało, no ale nic na to nie można było poradzić...
O 18 zebraliśmy się z basenu wziąć prysznic przed obiadem. Okazało się jednak, że obiad dopiero się zacznie o 19:30, więc mieliśmy aż 1,5h czekania. Kulturalnie usiedliśmy sobie przy stoliku na balkoniku popijając drinki. Jak z Adilem zamawiałem wódkę z colą to lekkie zamieszanie przy barze się zrobiło i prawie jeden bajtel wziął colę z wódką, ale na szczęście wziął samą colę z lady :D
Z głośników cały czas leciały tureckie rytmy. Claudia postanowiła zatańczyć taniec brzucha, był to całkiem zacny pokaz. Nagrałem 2 filmiki i prawie dostałem w twarz bo na początku nie zdawała sobie sprawy z tego, że nagrywam.
Po 1,5h oczekiwań i po niezliczonej ilości drinków w końcu otworzyli bufet z szwedzkim stołem. 3 dokładki brałem - bo za darmo i dobre. Pieczeń z indyka, puree z kalafiora, sałatki, makaron wstążki z sosem i od groma innych rzeczy. Samej pieczeni zjadłem z 8 kawałków. Wszystko było pyszniutkie. Najszybciej ta pieczeń szła - po 5 min już musieli przynieść kolejny pojemnik.
Po obiadku wieczorem oblegliśmy świetlicę z piłkarzykami i bilardem. Razem z Dariusem rozłożyłem Adila i Simona. Wyniku nie liczyliśmy, ale przewagę mieliśmy ogromną. Potem skołowaliśmy bile i kije do bilarda zagraliśmy partię i musiałem zrezygnować, bo wparowały dzieci i nie dało się wytrzymać na tak małej powierzchni w takim hałasie... Na dodatek zamiast wódki dostałem Raki - anyżowa turecka wódka. Zauważyłem to po białym kolorze... Żałuję, ze to wypiłem bo do końca dnia źle się czułem przez to...
Wieczorem dotarł do hotelu Baris - bo rano pisał egzamin. Potem odbył się konkurs na miss hotelu. Claudia wzięła udział, ale nie wygrała bo inna laska miała większą publikę niestety...
Ostatnim punktem dnia była impreza w klubie, gdzie dojechaliśmy autokarem.

piątek, 13 kwietnia 2012

Dzień 74, 13.04.2012, Piątek

O 10 poszliśmy na uczelnię oddać sprawozdanie z laboratorium. Zapomniałem wypełnić jednej kolumny w wynikami doświadczeń,więc zastanawiam się czy nie będzie problemów żadnych :D Co prawda wyników mieliśmy aż 2 z 5 bo na laborce próbki były źle przygotowane i nie zrobiliśmy wszystkich doświadczeń, a wydruki z maszyny rozciągającej dostaliśmy od prowadzącego.
Potem pojechaliśmy znów do Hierapolis i Pamukkale. Pierwszy plan był taki, aby jechać na weekend nad morze ale pogoda miała się zepsuć już po piątku więc zmieniliśmy ten plan. Pieniędzy praktycznie starczyło mi tylko na przejazd w obie strony. Zostały mi tylko chyba z 2 TL.
Podczas wędrówki przez Hierapolis odwiedziliśmy miejsca, które pominęliśmy wcześniej. Na trzaskałem kilka fotek nowych oraz mam jeszcze te które robił Krzysiek.
Na Pamukkale także poszliśmy na początek z innej strony. Naszym oczom ukazała się wspaniała panorama wapiennych tarasów. Coraz większy obszar jest już zalany przez wodę przez co wygląda to majestatycznie.
Słońce przygrzewało jeszcze mocniej, niż poprzedniego razu. Skóra przez cały dzień bardzo się spiekła. Na szczęście plecak nosiłem w ręce  a nie na ramionach jak co niektórzy. Dzięki temu mam w miarę równo spalone plecy i ramiona - a nie opaleniznę w kształcie plecaka.

Miejscówka na której leżeliśmy ostatnio była dziś już zalana przez wodę, więc musieliśmy położyć się trochę dalej. Po drodze do tego miejsca był wodospadzik, którego także nie było wcześniej. Na trzaskaliśmy przy nim fotek i poprosiliśmy Chińczyka, żeby zrobił nam grupowe zdjęcie, bo i tak nam robił fotki - ale ze swojego aparatu :D.
Wieczorem jak wracaliśmy już do domu - weszliśmy do apteki po jakiś krem na oparzenia słoneczne. Po kilku minutach tłumaczenia co chcemy - jakby tego było pokazywałem kolesiowi tubkę kremu na półce i nadal nie wiedział o co chodzi. W końcu przynieśli coś innego. Zestaw: krem do opalania plus krem po opalaniu. Wszystko cacy tylko cena była zabójcza - 60TL (Ponad 100zł). Jak to tylko zobaczyłem, odwróciłem się na pięcie i wyszedłem.
W Migrosie kupiłem sobie przynajmniej krem nawilżający (bardzo pomaga), 2 piwa i chleb na kolację.
W domu prysznic, smarowanie, kolacja - cały chleb + ser i jajka. Potem do Konakhana po fotki i na film - "Cela 211" - bardzo dobry film.
W nocy zaczęliśmy grać ze współlokatorami w Dungeon Defenders. Tak się wkręciliśmy, że do ponad 4 rano pykaliśmy. Jak zobaczyliśmy, która godzina jest stwierdziliśmy, że czas iść spać.

wtorek, 10 kwietnia 2012

Dzień 71, 10.04.2012, Wtorek, "Akcja czajnik"

O 8 rano musiałem być na uczelni... 9 godzin zajęć - teoretycznie, ponieważ po otwarciu oczu już miałem zamiar nie iść na Energię i Ekonomię, nad tureckim się jeszcze zastanawiałem. Tak więc 4 zajęcia spędziłem na uczelni bo w końcu zdecydowałem się iść na turecki - pierwszy raz od miesiąca. Chyba więcej tam nie pójdę bo koleś uczy w taki sposób i takich pierdół, że mam dość po kilku minutach.
Obiad na stołówce był wyjątkowo okropny, ale zapchałem się chlebem jak zawsze to na pół dnia wystarczyło. W sumie to wieczorem obiadu nie robiliśmy, nawet kolacji nie jadłem konkretnej. Jakoś nie chciało mi się jeść.
Przed 19 - może kilka minut po wpadł do nas Volkan, bo pisałem do niego w sprawie czajników, które chciałem zwrócić bo woda zagotowana w nich smakuje strasznie. Ma metaliczny posmak oraz robi się bardzo mętna.
Volkan zaproponował, aby je jeszcze przetestować, bo nie dowierzał mi. Pokazał mi przy okazji jak poprawnie zaparzać turecką herbatę, sposób który znalazłem w necie okazał się zły :D
Herbata smakowała dużo lepiej - bo ta którą mam powinna być mieszana z innym gatunkiem, a nie parzona samodzielnie - ale i tak smakowała metalowo.
Przy okazji pokazał nam strony firm autobusowych, na których można kupić bilety na autokar, bo planujemy kilka podróży w najbliższym czasie.

Po godzinie 20 zebraliśmy się i poszliśmy do sklepu gdzie kupiłem czajniki. Wcześniej umyłem je i wytarłem. Ścierka okazała się wilgotna i dość mocno śmierdziała, i przez to czajniki w środku też zaśmierdły. Wynikła z tego śmieszna sytuacja.
W sklepie Volkan powiedział, że chcę zwrócić czajniczki ponieważ woda ma posmak metaliczny - przynajmniej tyle zrozumiałem - (pewnie coś jeszcze naopowiadał). W sklepie było 3 kolesi i zaczęli oglądać je i dyskutować z Volkanem na ten temat. Potem skądś przyszedł kolejny i wąchają w środku - a że wytarłem je śmierdzącą ścierką strasznie waliło ze środka.
Zastanawiali się co może być nie tak, a ja ledwie się powstrzymywałem od śmiechu, żeby głupio nie wyglądało. Volkan się zapytał czy nie gotowałem w środku jakichś jajek albo kartofli - ja na to, że nie, że tylko wodę.
Po kilku minutach przyszedł jakiś gostek kupić chochlę i on też zaczął obwąchiwać czajniczki. W sumie 5 osób plus Volkan dyskutowali. Właściciel sklepu zadzwonił do swojego dostawcy, od którego kupił ten towar, żeby wyjaśnić. W sumie to chyba z 30 min tam spędziliśmy i w końcu stwierdzili, że kasy nie odzyskam, ale mogą mi wymienić na inne. Wybrali inny zestaw - tańszy o 5 TL - i pokazał, że sami używają tego samego zestawu, więc nie powinno być problemu. Zgodziłem się na wymianę i zwrócili mi różnicę tz. 5TL.
Po w sumie ok. 30 min wyszliśmy ze sklepu z nowym zestawem czajniczków. Volkan mi doradził, abym nie używał ich na elektrycznym palniku bo może przez to psuje się smak wody - cholera go tam wie czy to prawda, ale chyba go posłucham. Pod sklepem DiaSA się pożegnaliśmy z Volkanem bo musiał zrobić jakiś projekt na zajęcia i nie mógł zostać z nami dłużej.
Kupiłem sobie piwo i poszliśmy do domu pograć w Dungeon Defenders - od 2 dni Mateusz próbował to ściągnąć i w końcu się udało. Musze jednak zrezygnować z Windows 8 bo za bardzo obciąża mojego Dzwoneczka. Podczas grania tak się rozgrzał, że aż się wyłączył... A godzinę później odpadła śrubka niedaleko baterii.... A nie odkręcałem żadnej, takie przegrzanie jest zbyt poważne, żeby to tak zostawić.
Do 1 w nocy oglądałem z Tomkiem "Psycho" A. Hitchcock'a, fajnie zasnąłem szybko bo byłem nieźle zmęczony po całym dniu.

niedziela, 8 kwietnia 2012

Dzień 69, 08.04.2012, Niedziela

Już minął półmetek. Pół semestru za nami, pogoda zaczyna coraz bardziej dawać się we znaki. Skóra spalona słońcem w Pamukkale, więc nie ruszam się z domu w czasie dnia ponieważ za gorąco.
Wielka niedziela więc na śniadanie zjedliśmy jajka na twardo, gotowane z łupinami z cebuli.
Niemalże cały dzień spędziłem na walce z połączeniem internetowym. Walka okazała się bezsensowna ponieważ karta sieciowa w laptopie postanowiła się wypiąć dupą do mnie i nie chce utrzymać połączenia dłużej niż kilka sekund.
Próbowałem ściągnąć sterowniki do karty graficznej ponieważ niemiłosiernie się grzeje od kiedy zainstalowałem Windows 8. Dodatkowo bateria trzyma połowę krócej niż na Windows 7 co jest spowodowane niedziałającym sterownikiem kart graficznych... Rozwiązanie tych problemów to przynajmniej jakieś zajęcie na kilka chwil, pod warunkiem, że miałbym Internet...
Po godzinie 18 wybierałem się do sklepu po chleb i wodę, i  przy okazji oddać dysk twardy koledze. Współlokator zabrał się ze mną. Po drodze pomyślałem, że może kupię sobie kartę sieciową na USB - taką samą jaką On kupił 3 dni wcześniej, ponieważ On ma ciągle Internet a ja nie...
Poszliśmy więc do Forum Çiamlık ją kupić. Przy okazji pooglądaliśmy filmiki 3D i pobawiłem się PSVita. Dzięki temu mam w końcu dostęp do Internetu.
W drodze powrotnej w DiaSA kupiliśmy wieszaczki w kształcie serduszek i tarkę. Dzięki temu będzie gdzie wieszać szmatki do naczyń i wreszcie zrobimy coś z tym suchym chlebem, który zalega w szafie. Bułka tarta wychodzi z wielkimi grudami źle startego chleba, ale w tym momencie do akcji wkracza drewniany moździerz, w którym uzyskuję idealnie rozdrobniony proszek. Zaoszczędzimy na bułce tartej do kotletów itp.
Na kolację zjedliśmy jajecznicę.

piątek, 6 kwietnia 2012

Dzień 67, 06.04.2012, Piątek "Od Hierapolis aż po Pamukkale"

Na piątek były plany aby jechać na Pamukkale jeśli będzie taka pogoda jaką podają prognozy. Wstałem około 10, wykąpałem się i mokry jeszcze poleciałem do sklepu po chleb i pepsi na drogę. Zrobiłem tosty, ubrałem się, spakowałem picie i jedzenie do plecaka, do potfela wsadziłem zdjęcie paszportowe no i wziąłem paszport także. Po tym wyszliśmy na Dolmusa. Długo nie czekaliśmy i zjawił się, wsiedliśmy i pojechaliśmy pod dworzec kolejowy. Tam poszliśmy na kolejnego busika, (droższego) kierowcy stali na postoju i nawoływali „Pamukkale” podeszliśmy i pytamy czy na Hierapolis jedzie, jechał więc zabraliśmy się z nim.

Przed 12 byliśmy na miejscu, a słońce już pięknie prażyło wszystko wokół. Przed bramkami prowadzącymi do ruin znajdują się sklepiki z pamiątkami. Kupilem kilka pocztówek. Przy bramkach wyrobiliśmy sobie karty muzealne, które pozwalają na darmowy wstęp do wszelkich muzeów, ruin i tym podobnych miejsc. Kosztowało nas to 10TL, a oszczędzimy ogromne ilości pieniędzy. Zdjęcie w tej karcie jest straszne, ponieważ zeskanowali legitymacje studenckie i wycięli zdjęcie z kawałkiem tła legitki i wkleili do karty muzealnej.
Przeszliśmy przez bramkę i machnęlismy sobie zdjęcie grupowe na tle grobów, tz jakiś koleś nam machnął tą fotę na tle grobów.
Hierapolis jest starożytnym uzdrowiskiem gdzie Rzymianie, a później Bizantyjczycy przybywali się leczyć. Nie wszystkim udawało się uleczyć przez co na obrzeżach znajduje się wielka nekropolia, która jest pierwszym miejscem, które zwiedziliśmy. Ogromna ilość grobów, grobowców i sarkofagów. Poza tym, w Hierapolis znajduje się amfiteatr, łaźnie, agora, chrześcijańska katedra. 
Pogoda dopisała niemiłosiernie. Słońce grzało tak mocno, że calutki czas bez koszulki chodziłem, a i bandana okazała się niezwykle przydatna. Ponad pół dnia spędziliśmy w hierapolis, a i tak nie zobaczyliśmy wszystkiego.

Potem poszliśmy zobaczyć Starożytny Basen, w którym woda ma specjalny odczyn i skład (nie sfotografowałem tego bo już baterie były padnięte...) Tam poszliśmy tylko do toalety, bo wejście do basenu kosztuje zaledwie 30TL. Gdy wychodziliśmy kupiłem pocztówkę 3D. Następnym punktem wycieczki było muzeum (bilet wstępu 3TL, ale dla nas za darmo). Gdy pokazałem swoją kartę muzealną kasjer przeczytał moje imię i się szeroko uśmiechnął (ponieważ w Turcji też mają imię Kamil i wszyscy, których poznaję mi to mówią). W muzeum były monety, rzeźby, sarkofagi, sprzęty codziennego użytku itp.
Obok muzeum jest sklepik, w którym zmuszeni byliśmy kupić baterie za 12TL... Poza tym kupiłem bransoletki ze Złym Okiem na prezenty.

Ostatecznie trafiliśmy na wapienne tarasy z których Pamukkale jest znane. Wstęp na nie jest dozwolony jedynie na bosaka, więc buty spakowaliśmy do plecaków i weszliśmy. Poprosiliśmy 2 starsze panie, żeby zrobiły nam fotkę. Chwilę później kilkanaście metrów dalej one nas poprosiły o zrobienie im zdjęcia.

Jak na razie to tylko część tarasów była zalana wodą, reszta jest zalewana na sezon turystyczny. To co tam dziś zobaczyłem i tak już było bardzo malownicze. Skały wapienne wyrzeźbione przez wodę. Jeszcze będziemy musieli tam wrócić w przyszłości.
Dla turystów otwarty był tylko malutki skrawek tarasów, dlatego pochodziliśmy i popluskaliśmy się w wodzie tam gdzie się dało. Potem położyliśmy się na wapnie i opalaliśmy się - mimo tego, że słońce już zdążyło nas nieźle spiec.
Podczas opalania wpadli na nas dwaj goście z Nanotechnologii, który są z nami na Erazmusie. Przyjechali tu od razu po laborce. Ominęli muzeum, więc musieli się wracać, żeby je zwiedzić.
Przed 18 zebraliśmy się na busa. Po drodze byliśmy "atakowani" przez sklepikarzy, restauratorów i hotelarzy. Kiedyś mnie to czasem denerwowało, a nawet przerażało. Teraz już jestem przyzwyczajony.

Po obiedzie-kolacji poszedłem z 2 kumplami na Lahmajun'a oraz na dobry-szybki internet, ponieważ ostatnio w Univcity strasznie szarpie łącze przez co praktycznie nie mam internetu.... Przed tym zaszliśmy do sklepu w poszukiwaniu jakiegoś kremu na poparzenia słoneczne.. W tym kraju cholernie ciężko znaleźć coś takiego, co może być niewygodne.
Po zjedzeniu Lahmajuna siedzieliśmy prawie do północy. Myśleliśmy, że już nas chcą wyrzucać stamtąd, bo koleś, który zbierał talerze ze stołu przy którym siedzieliśmy miał taką minę jakby miał nas dość. Ale gdy płaciliśmy uśmiechali się nadal do nas.