W drodze do klubu poznałem jednego
turka – Aidym miał na imię (nie jestem pewny pisowni). W klubie
na start dostaliśmy po szocie jakiegoś drinka – nie znam się na
drinkach, a o nazwę nie pytałem więc nie wiem co to było
dokładnie, ale był całkiem dobry.
Miałem smaka na prawdziwe piwo, ale
jak usłyszałem, że kosztuje 8TL w barze to postanowiłem iść do
sklepu obok kupić „Tuborg'a” za 4TL w butelce. Musiałem szybko
je wypić przed sklepem bo jak to bywa w barach i klubach nie można
wchodzić z napojami kupionymi poza barem. Jakiś czas później
poszedłem tam drugi raz z Aidymem – postawił mi piwo.
Około 3-4 wróciliśmy do hotelu. Na
dworze było już całkiem chłodno. Kilka osób chciało popływać
w basenie w środku nocy, ale jak dotknęli ręką wody to
zrezygnowali – za zimna.
Poszedłem do pokoju razem z Adilem. Ja
byłem taki zmęczony i podchmielony, że praktycznie od razu
położyłem się spać w samych bokserkach. Co prawda podczas
rozbierania się musiałem co 20 sekund wyłączać bezpieczniki
prądowe i włączać jeszcze raz, żebyśmy mieli światło ponieważ
nie działał nasz breloczek do klucza, który włącza prąd. Trochę
śmieszne było to, że ja spałem w samych bokserkach, a Adil musiał
założyć na siebie Jeansy i bluzę z kapturem (kaptur na głowie
miał ściągnięty sznurkami) – bo było mu strasznie zimno. W
sumie nie ma co się dziwić skoro w Maroko temperatura dochodzi do
50 stopni w lato.
Rano obudził mnie około 7 bo nie mógł
wytrzymać już w tym łóżku z zimna i poszedł na śniadanie –
był pierwszą osobą która zjadła dziś śniadanie.
Ja pospałem jeszcze do 9,30 po czym
wyszedłem szukać reszty. Grali w bilarda i powiedzieli mi żebym
lepiej pośpieszył się na śniadanie bo mogę nie zdążyć.
Na śniadanie wypiłem dużo Cayu, do
tego ziołowe bułeczki, serek, wędlinka jakaś i kilka jajek.
Posiłek zjadłem z Aidynem i dwoma innymi Turkami.
Gdy otworzyli bar oblegliśmy go –
byliśmy pierwszymi „klientami”. Gdy mieliśmy już swoje piwka
zapytaliśmy szefa czy możemy pograć sobie w rzutki. Nie robili
problemu i pozwolili nam grać, nawet przydzielili laskę, która
miała nam „pomagać”. Chcieliśmy zagrać w 301 – trzeba
uzbierać dokładnie 301 pkt. Okazało się, że oni tutaj nie znają
żadnej gry oprócz „Zabójcy”, w którego graliśmy
wczoraj.
Przez to straciliśmy dużo czasu na wytłumaczenie Jej zasad. Cały czas trzeba było pilnować, żeby dobrze zapisywała wynik, zamiast ciągle dodawać ustrzelone punkty w danej kolejce do tych z poprzednich kolejek zapisywała po prostu tyle ile ktoś uzbierał i nie dodawała nic. Rozegraliśmy w ten sposób tylko 2 gry – w pierwszej skończyłem jako drugi, a w kolejnej jako przedostatni.
Przez to straciliśmy dużo czasu na wytłumaczenie Jej zasad. Cały czas trzeba było pilnować, żeby dobrze zapisywała wynik, zamiast ciągle dodawać ustrzelone punkty w danej kolejce do tych z poprzednich kolejek zapisywała po prostu tyle ile ktoś uzbierał i nie dodawała nic. Rozegraliśmy w ten sposób tylko 2 gry – w pierwszej skończyłem jako drugi, a w kolejnej jako przedostatni.
Praktycznie chwilę przed wyjazdem z
hotelu dowiedzieliśmy się, że możemy zamówić za darmo
hamburgera z frytkami, więc rzuciliśmy się jak najszybciej, żeby
zdążyć jeszcze zjeść jednego ;D Zamówiłem swojego i poszedłem
się w międzyczasie spakować, bo mieliśmy się wymeldować i
jechać na plażę.
Gdy zebrałem swoje manele hamburger
już na mnie czekał. Cieszę się, że mi go nie zjedli. Gdy zjadłem
swojego hambka przyszedł Darius pytać się Simona czy nie widział
jego telefonu. Zginął mu gdzieś telefon w pokoju po tym jak Room
Service posprzątało wszystkie pokoje. Zapowiadało się na
nieprzyjemną sytuację, ale po rozmowie w recepcji i przeszukaniu
jeszcze raz pokoju okazało się, że sprzątaczka zostawała telefon
na łóżku ale przykryła go kołdrą ja słała je.
Przed pójściem szukać telefonu także
zamówił sobie hamburgera, więc my siedzieliśmy i czekaliśmy na
niego i na jego hamburgera. W międzyczasie wydarzył się wypadek –
jakiś koleś przeszedł przez szybę obok szklanych drzwi... Cały
jeden segment roztrzaskany. Huk, krzyki i zbiegowisko ludzi. Na
szczęście nic strasznego mu się nie stało. Tylko kilka ran
ciętych.
Gdy wszyscy byli już gotowi poszliśmy
się wymeldować i pojechaliśmy na plażę. Spędziliśmy tam pół
dnia. Szczerze to nie było tam za dużo do roboty. Ktoś kupił
piłkę do siatkówki i pograliśmy trochę. Graliśmy obok leżącego
sobie na piasku dużego psa. Piłka wiele razy spadała blisko niego,
prawie go trafiając. A on tylko łeb podniósł, popatrzał i
położył się znowu jakby nigdy nic.
Podczas gry rozwaliłem sobie paznokieć
u lewej nogi – złamał się i wbiły się pod niego kamienie. Tak
więc to by było na tyle w sprawie chodzenia na boso po piasku...
Szybko przemyłem ranę u poszedłem założyć buty i zrezygnowałem
z gry.
Później nikomu już nie chciało się
grać, więc zaczęły się nudy. Poszedłem do sklepu z Mateuszem i
Dariusem. Kupiłem pocztówki i herbatę. Gdy wróciliśmy ze sklepu
reszta chciała się przejść, więc poszliśmy na spacer i
zrobiliśmy kółeczko po okolicy.
Około 17 wreszcie pojechaliśmy
stamtąd. Zabrali nas na najwyżej położony punkt w mieście –
przy ruinach wiatraków. Rozpościerał się stamtąd piękny widok.
Gdzie nie spojrzeć, widok zapierał dech w piersiach. Dali nam
trochę czasu na zrobienie sobie zdjęć. Zapuściłem się dość
daleko od autokaru – bo im dalej tym lepsze widoki były i gdy
wracałem fajnie patrzało się jak autokar odjeżdża, a raczej
stacza się do morza. Przynajmniej takie to wrażenie sprawiało, ale
na serio kierowca tylko przestawiał busa.
Z tego miejsca pojechaliśmy w końcu w
stronę domu. O 20 zaczął się mecz Fenerbhace – drużyny za
którą tutaj wszyscy szaleją, więc słuchaliśmy relacji przez
radio. Przed 21 zatrzymaliśmy się przy jakiejś restauracji, wiele
osób poszło coś zjeść i przy okazji pooglądać mecz...
Straciliśmy tam trochę czasu i ruszyliśmy dalej. Po drodze gdy
padła bramka dla „naszej” drużyny kierowca aż trąbił z
radości (2 godziny później trąbił sobie w rytm muzyki ;D)
Kilkanaście minut po 21 autokarze
jakieś poruszenie się zrobiło wśród ludzi. Wszyscy wychylali się
przez fotele i patrzeli przez przednią szybę. Zdziwiłem się i
zobaczyłem co się dzieje. Okazało się, że przed nami jedzie
piany kierowca, a że jechaliśmy przez góry – kręte drogi, więc
całkiem niebezpieczne to było... Jechał normalnie sinusoidą –
od pobocza do pobocza. Kierowca busa na zakrętach trąbił, żeby
ostrzec jadących z naprzeciwka. Kilka było sytuacji, że jechał na
czołowe. Turki zadzwoniły na policję, podali numery auta oraz
miejsce gdzie jesteśmy. Po jakimś czasie tamten zatrzymał się i
kilku wyskoczyło z busa i wyciągnęli kierowcę i pasażera. Obaj
ledwie się na nogach trzymali. Coś pogadali z nimi i puścili ich.
Wydaje mi się, że kazali im jechać na najbliższą restaurację i
czekać na policję, bo właśnie zjechali na jedną.
Gdyby koleś spowodował wypadek, to
zapewne spędzilibyśmy trochę czasu tam jako świadkowie. Wtedy
zaczynałem żałować, że nie zjadłem nic w tej restauracji, ale
na szczęście nic się nie stało.
Około 23 byliśmy już w Denizli przed
Migrosem. Czekał tam na nas Volkan. Pożegnaliśmy się z ludźmi,
przywitałem się z nim i poszedłem do sklepu po chleb, a On i
Mateusz poszli po piwo. Posiedział u nas jakieś 2 godziny,
pokazałem Mu fotki i filmiki, w międzyczasie zrobiliśmy sobie
kolację, nie chciał się poczęstować.
W taki oto sposób zleciał mi weekend.
:D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz