Przed 10 poszliśmy pod trójkę posiedzieć u nich aż się zbiorą, i po kilku minutach przyszedł Simon z Litwy prosto po imprezie bez snu i pyta się czy idziemy w te góry bo chętnie się dołączy (dzień wcześniej go o tym informowałem).
Jak się wszyscy już zebrali do kupy poszliśmy do Bim(Dronki) po wodę, a potem w kierunku gór. Wszędzie dużo psów zawsze jest błąkających się. W mieście to jeszcze normalne się wydaje, ale w połowie drogi na szczyt góry to już jest co najmniej dziwne..
Po drodze minęliśmy całkiem zacny park w którym stoi wiele kominków do grilla oraz stolików ogrodowych z drewna. Trzeba będzie tam przyjść kiedyś z resztą ludzi i zrobić małą imprezkę. Bo miejscówka jest bardzo piękna i wygodna.
Dalej zaczęliśmy wspinać się na górę po prawie ubitej drodze. Doszliśmy do ślepej uliczki to postanowiliśmy zacząć iść na przełaj. Dotarliśmy do altanki przy której był plac zabaw (tak w ogóle to wszędzie place zabaw są)

Na trasie trafiliśmy na duuużo śniegu i błota przez co całe spodnie i buty brudne oraz mokre, ale my hardo parliśmy dalej. Wszędzie śnieg leżał czasem nawet z 30 cm wynosiła pokrywa.
Było coraz bliżej szczytu więc zaczęliśmy konkretnie chodzić na przełaj w górę skracając drogę kilka razy i w końcu dotarliśmy.
Ze szczytu widoki były piękne, choć zasnute mgłą i smogiem. Denizli jest prawie ze wszystkich stron otoczone górami przez co gruba warstwa smogu unoszącego się nad miastem nie ma gdzie sobie pójść przez co widok był dużo gorszy. Jednakże warto było wspiąć się na ten szczyt na wysokość oko 1200 m npm, wśród śniegu na około w samej bluzie i spodniach, pocąc się jak świnia z gorąca.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz